CO OGLĄDAĆ W CZASACH POWSZECHNEGO ODMRAŻANIA?

Początek czerwca jest przełomowy w walce z koronawirusem. Pierwszy raz od wybuchu epidemii w Polsce liczba osób, które pokonały chorobę, przewyższyła liczbę zakażonych. Krzywe uległy przecięciu, od teraz można oficjalnie mówić o tendencji spadkowej. Rząd wprowadził w życie czwarty etap odmrażania gospodarki. Większość kin, teatrów zostanie otworzonych 6 czerwca – również w sferze kultury możemy więc mówić o „powrocie do normalności”. Skoro jednak, sale kinowe jeszcze w tym tygodniu są zamknięte, to chciałbym po raz ostatni przedstawić listę 5 filmów, które warto zobaczyć w domowym zaciszu, w nadziei, że wszystko się wreszcie „rozmrozi”. Odmrażajmy się szybko i nie dajmy się zamrozić ponownie!

ALADYN (HBO GO)

Na przestrzeni ostatnich lat, coraz bardziej widocznym i przybierającym na sile trendem jest „rewitalizowanie” kultowych animacji Disneya i przekształcanie ich na filmy „live-action” (termin oznaczający pracę wykonywaną przez aktorów przed kamerą, w przeciwieństwie do filmów animowanych). Rozpoczynające tę tendencję: „Czarownica” (2014), „Kopciuszek” (2015), „Księga dżungli” (2016), „Piękna i bestia” (2017) – pokazują skalę i rozmach wytwórni oraz wiarę w ten odtwórczy projekt. Wspomniane produkcje na ogół były dziełami, które nie różniły się od swojego pierwowzoru – były to wierne kopie bezwstydnie powielające oryginał i żerujące na nostalgii widzów. W 2019 roku na ekrany kin trafił „Aladyn”, film który nie był kolejną próbą zarobienia na tym samym, a zaskakująco oryginalnym utworem.

Najnowszy film Guya Ritchie’go opowiada historię ubogiego chłopca o imieniu Aladyn, który w imię miłości postanawia odnaleźć tajemniczą lampę dla potężnego wezyra. Adaptacja nie odbiega specjalnie od fabuły animacji z 1992 – jednak wydłużenie całości o pół godziny służy produkcji. Zaskakującym jest również to, że mimo odtwórczości, w obrazie widać „rękę reżysera” i jego specyficzny sposób opowiadania historii. Warsztat Ritchie’go jest wręcz namacalny – głównie w trzecim akcie „Aladyna”, co prowadzi do wyrwania z oków uśpionej czujności widza. Widza, który znając fabułę pierwowzoru i wcześniejsze próby przełożenia animacji na język „kina aktorskiego”, nie spodziewał się, że włodarze Disneya pozostawią twórcom tak dużą swobodę kreatywną.

Na korzyść przemawia kreacja świata przedstawionego. Na potrzeby niniejszej recenzji przypomniałem sobie oryginalną produkcję i… niestety czas nie był dlań nazbyt łaskawy. Animacja jest dość surowa – widać to przede wszystkim w ubogich tłach, którym brak szczegółów i poloru. Dlatego też, przed twórcami remake’u stało prawdziwe wyzwanie, by nie tyle „przekopiować” ówczesną scenografię, a praktycznie całkowicie ją przemodelować i zreinterpretować. I to udało się nawiązką. Kostiumy, jak i lokacje są kolorowe oraz interesujące formalnie – świat przedstawiony „żyje”, a jego rozmach wprawia w osłupienie oraz zachwyt.

Jednak tym, co czyniło wyjątkowym pierwszego „Aladyna”, i co nie zawiodło również tutaj jest znakomita ścieżka dźwiękowa. Warto przypomnieć, że film Johna Muskera oraz Rona Clementsa z 1992 roku zdobył łącznie dwa Oscary – za najlepszą muzykę oryginalną oraz piosenkę. Było więc kwestią oczywistą, że odświeżona, aktorska wersja – musi działać przede wszystkim w tym obszarze. Zrównanie się z arcydziełem było karkołomne, ale w ostatecznym rozrachunku ta trudna sztuka udała się artystom stojącym za zremasterowaną kompozycją. Autor muzyki Alan Menkensprostał wyzwaniu – tchnął powiew świeżości w klasyczne utwory, wzbogacając je o nowoczesne brzmienie. I tak sztandarowe utwory oryginału jak: „A Whole New World”, „Prince Ali” są jeszcze doskonalsze i skuteczniej oddziałują na wyobraźnię, pozostając w pamięci na długo po zakończeniu seansu.

SMĘTARZ DLA ZWIERZAKÓW (HBO GO)

W 1989 roku na ekranach kin zadebiutował „Smętarz dla zwierzaków” w reżyserii Mary Lambert – film, który spolaryzował widownię. Część odbiorców do dziś uważa produkcję za twór który nigdy nie powinien powstać oraz za najgorszą adaptację powieści Stephena Kinga w historii. Inni, do których zaliczam się również i ja, są zdania, że jest to jeden z „kamieni milowych” w rozwoju kina grozy. Produkcja dzięki drobiazgowo skonstruowanej fabule bardzo silnie oddziałuje na widza. Nie dziwi więc, że mimo kontrowersji tytuł ten, w niektórych kręgach zyskał status kultowego. Po trzydziestu latach koszmar polonistów – w końcu tytuł zawiera rażący błąd ortograficzny – powraca za sprawą remake’u, który miał swoją polską premierę 3 maja 2019 roku.

Osobom odpowiedzialnym za casting udało się dopasować odpowiednich aktorów do poszczególnych ról. Najbardziej satysfakcjonująca jest kreacja Jasona Clarke’a wcielającego się w głowę rodziny Creedów – Louisa. Całkiem dobrze wypadają również: Amy Seimetz oraz John Lithgow. Trzeba wyróżnić również Jeté Laurence, której interpretacja kilkuletniej Ellie – zwłaszcza w ostatniej części produkcji staje się jej najjaśniejszym aspektem.

Od strony technicznej „Smętarz dla zwierzaków” wypada solidnie. Sugestywne i w odpowiednich momentach surrealistyczne zdjęcia wraz z klimatycznym ambientem muzycznym skrupulatnie budują gęstą i ciężką atmosferę dzieła. Remake jest często nieprzyjemny, wręcz odrzucający w odbiorze – co należy uznać za olbrzymi sukces i wartość dodaną utworu. Dzieło dopełnia znakomity montaż oraz upiorna scenografia.

„Smętarz dla zwierzaków” z 2019 roku to ciekawy eksperyment w podejściu do ponownego „brania na warsztat” historii powszechnie znanych i mających swoje miejsce w popkulturowej świadomości. Nieustanna chęć zaskakiwania widza wpływa jednak destruktywnie na to, co w pierwowzorze Stephena Kinga było najlepsze – poruszającą historię i dramat ludzi – podobnych do nas, bo nie mogących poradzić sobie z utratą najbliższych. Polecam obejrzenie tej próby i nowatorskiego podejścia, jednak ze wcześniejszym zetknięciem się ze znacznie lepszą adaptacją z 1989.

OSTATNIA RODZINA (Netflix)

„Tu leżą Beksińscy. Pocałujcie ich wszystkich w dupę”. „Ostatnia rodzina” jest pierwszym, tak dużym przedsięwzięciem w filmografii młodego reżysera Jana P. Matuszyńskiego. Mimo, iż to jego debiut na kinowym ekranie, to film jest dopracowany i przemyślany pod każdym względem. Jest to obraz praktycznie nie posiadający wad – produkcja przełomowa w polskiej kinematografii.

Akcja „Ostatniej rodziny” rozpoczyna się w 1977 roku, kiedy to młody Tomek Beksiński, postanawia przeprowadzić się do swojego nowego mieszkania w Warszawie. Jego rodzice mieszkają na tym samym osiedlu, więc ich kontakt wcale nie ulega ochłodzeniu. Niespokojna i autodestrukcyjna natura Tomka powoduje, że matka Zofia (w tej roli znakomita Aleksandra Konieczna) nieustanie obawia się o swoje dziecko. Film konsekwentnie potęguje u widza uczucie przemijalności życia – śmierć jest wszechobecna. Nie chodzi tu tylko o przepełnione grozą obrazy wiszące we wczesnogierkowskich mieszkaniach Beksińskich, ale o atmosferę, która panuje w rodzinie. A wszytko przedstawione jest z perspektywy Zdzisława Beksińskiego (Andrzej Seweryn) – perspektywy beznamiętnego obserwatora. I tutaj dochodzimy do prawdziwej istoty tego filmu. Do pytania, co jest bardziej przerażające: obrazy Zdzisława Beksińskiego, czy ta tytułowa, z pozoru zwyczajna i normalna, Ostatnia rodzina?

Obraz oparty jest na kontraście dwóch głównych bohaterów: Zdzisława i Tomasza. Ten pierwszy jest właśnie skrajnie spokojnym i beznamiętnym obserwatorem, twórcą kochającym muzykę klasyczną, której słucha podczas malowania swoich obrazów. Tomasz natomiast jest człowiekiem, którym przez cały film targają silne i skrajne emocje. Niemożność rozwiązania swoich problemów powoduje, iż konsekwentnie niszczy sam siebie. Pomiędzy tymi dwoma biegunami znajduje się Zofia Beksińska, najzwyczajniejszy członek rodziny, który niejako spaja i chroni rodzinę przed całkowitym rozpadem. Film wyróżnia się także: niezwykle plastycznymi zdjęciami, klimatyczną muzyką oraz montażem obrazu. Cała kampania reklamowa, ze znakomitą zapowiedzią na czele pokazywała, że na ten utwór od początku był pomysł.

ASSASSIN’S CREED (Netflix)

„Assassin’s Creed” opowiada historię Calluma Lyncha, który dzięki przełomowemu wynalazkowi – Animusowi doświadcza przygód swojego przodka, asasyna Aguilara żyjącego w piętnastowiecznej Hiszpanii. Celem tych działań jest odnalezienie starożytnego artefaktu – Jabłka Edenu, które może położyć kres wielowiekowej wojnie Asasynów z Templariuszami. Opowiadana historia traktowana jest bardzo poważnie – i to jest chyba największa wada filmu. Jest to problem podnoszony przez wielu fanów serii, ponieważ marka „Assassin’s Creed”, za wyjątkiem pierwszej części cyklu, ma bardzo lekki ton. Cała, „bzdurna” historia była zawsze tylko przyczynkiem do niczym nieskrępowanej eksploracji świata gry. W filmie tego nie ma. Jest za to wylewający się zewsząd patos.

Doskonałe zdjęcia, świetna, eklektyczna muzyka i dynamiczny montaż pozwalają, od czasu do czasu, zapomnieć o tej poważnej, scenariuszowej wadzie produkcji i stanowią punkt wyjścia do pełnego zanurzenia widza w świat przedstawiony. W „Asasynie” udało zebrać się hollywoodzką obsadę. Świetny Michael Fassbender wcielający się  w głównego protagonistę Cala Lyncha oraz swojego przodka Aguilara robi co może, żeby sprzedać to widowisko. Marion Cotillard dopełnia dzieła, swoim kunsztem aktorskim i zmysłowością nadaje całości poloru. Na uwagę zasługuje również kreacja Jeremy’ego Ironsa.

Podobał mi się filmowy design Animusa – twórcy nie bali się zaryzykować i przebili w tym względzie materiał źródłowy. Ryzyko opłaciło się również przy konstruowaniu opowieści. Podjęto decyzję, że ponad połowa filmu będzie rozgrywać się w teraźniejszości, co od razu wywołało  liczne kontrowersje. W grach ten element rozgrywki był zdecydowanie najgorszy. Tutaj, nie tylko otrzymaliśmy nieźle zarysowaną intrygę, ale również bardzo interesujące zakończanie.

GREEN BOOK (HBO GO)

Dziewczyny przyjechały ze wsi. Wychowały się na rolniczym Południu, gdzie ich przodków używano w charakterze maszyn rolniczych. Teraz biali farmerzy na Południu nie używali już maszyn skonstruowanych z ciała, gdyż maszyny z metalu były tańsze, pewniejsze i wystarczały im prostsze domy”. Produkcja Petera Farrelly’ego opowiada historię Tony’ego Lipa (Viggo Mortensen) – włoskiego cwaniaczka z Bronksu, któremu zaproponowana zostaje posada szofera ekstrawaganckiego muzyka z wyższych sfer. Razem ruszają w kilkutygodniową trasę koncertową po południu kraju. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ów muzyk jest Afroamerykaninem, których to w latach 70. XX wieku na południu uważano za ludzi gorszego sortu. Sama podróż staje się więc przyczynkiem do wielu szokujących sytuacji, co rusz przeplatanych rasistowskimi żartami. „Green Book” jest dziełem zaskakująco nietolerancyjnym w swojej formie. Zabieg ten powoduje, iż mimo licznych dowcipów, z każdą kolejną minutą widz czuje się coraz bardziej wyobcowany. Pod płaszczykiem „lekkiej formy” Farrelly ukrył dramat ludzi, którzy w obliczu dramatu segregacji, byli niczym więcej, jak narzędziami służącymi swoim białym panom.

Mimo lat, problem ten nadal istnieje, dlatego też powstawanie takich filmów ma wręcz terapeutyczny i misyjny charakter. W filmie poruszane są również inne wątki dot. wykluczenia – między innymi dyskryminacja homoseksualistów. „Green Book” nie jest więc produkcją polemizująca z rasizmem, a czymś więcej – dziełem poruszającym kwestię braku tolerancji w dużo bardziej ogólnym i szerokim spectrum. Jest to szczególnie istotne dzisiaj – w świecie, który coraz częściej wzbrania się przed innością. Człowiek woli oddzielić się murem od innego, miast skonfrontować się z tym, że ta inność wcale nie musi być przerażająca, a wręcz przeciwnie – może być najpiękniejszym aspektem życia. To przecież różnorodność, w każdym swoim wymiarze, determinuje rozwój, będąc siłą napędową społeczeństw.

Nawet najwznioślejsza idea, nie mogłaby stanowić dobrego filmu, gdyby nie ludzie, którzy tchnęli życie w naszkicowane w scenariuszu postaci. Chylę czoła przed osobami odpowiedzialnymi za casting do „Green Booka”. Odtwórcy poszczególnych ról stanęli na wysokości zadania, a kilka z kreacji z pewnością zapisze się złotymi zgłoskami w historii kina. Tym, co także stanowi o jakości i sile tej produkcji, jest bez wątpienia strona audiowizualna. Subtelne ujęcia, w których autor z powodzeniem eksperymentuje z niską głębią ostrości, nadają całości nadrealnego, magicznego charakteru. Zdjęcia oparte są na schemacie barw dopełniających się, w tym przypadku turkusu i pastelowych odcieni żółtego. Pozwala to pełniej zanurzyć się w kreację Ameryki lat 70., która pod wierzchnią warstwą pogodnego i ciepłego kolorytu, skrywa mroczną naturę ludzi tam żyjących. Klimatyczna ścieżka dźwiękowa oraz spokojny montaż powodują, że seans, pod względem technicznym, staje się prawdziwą przyjemnością.

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *