Wyspa tajemnic

Każdy sen, ten czarowny i piękny, zbyt długo śniony zamienia się w koszmar. A z takiego budzimy się z krzykiem”(Andrzej Sapkowski, Wieża Jaskółki). Trauma definiowana jest, jako uraz będący zmianą w psychice, który wiąże się z przykrym i gwałtownym przeżyciem. W języku niemieckim słowo „der Traum” oznacza sen lub marzenie. Pozytywnie nacechowana etymologia pojęcia przez lata uległa jednak przekształceniu, a wyrażenie zyskało negatywną konotację. Osoba straumatyzowana zanurzona jest w koszmarze – nieprzyjemnym śnie, z którego nie może się wybudzić. Lęk, żałoba, depresja często prowadzą do wypaczenia naturalnej percepcji – pochłaniając człowieka w odmętach szaleństwa. Martin Scorsese, w debiutującej na ekranach kin 13 lutego 2010 roku „Wyspie tajemnic”, podejmuje próbę zmierzenia się z tą tematyką i opowiedzenia historii jednostki pogrążonej we śnie, który nigdy się nie kończy. Czy jego aspiracje przełożyły się na finalną jakość produkcji?

Rdzeń fabuły koncentruje się na szeryfie federalnym Teddym Danielsie (Leonardo DiCaprio), który stara się rozwikłać tajemnicę zaginięcia pacjentki pilnie strzeżonego zakładu psychiatrycznego. Detektywa dręczą bolesne wspomnienia z przeszłości, które coraz mocniej zacierają się i przeplatają z rzeczywistością. W pewnym momencie trudno oddzielić sen, od jawy. Na pierwszy rzut oka, warstwa scenariuszowa zdaje się być jednym z najjaśniejszych aspektów produkcji. Twórcy starają się zaskakiwać widza, droczą się z nim i bawią jego oczekiwaniami. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem „Wyspę tajemnic” – złożoność historii, jej bogata konstrukcja, niejednoznaczność wywarła na mnie ogromne wrażanie. Kulminacją było zakończenie – w zasadzie ostatnie słowa wypowiedziane przez jednego z bohaterów, które wywracały całą opowieść do góry nogami. Jedno zdanie całkowicie zmieniło sposób interpretacji utworu. Miast jednoznacznej odpowiedzi, obraz mnożył pytania – stawał się coraz bardziej zagmatwany, wyjątkowy w swojej formie.

Podczas kolejnego seansu, kiedy wiedziałem dokąd zmierza historia, „Wyspa tajemnic” straciła wiele z pierwotnego poloru i balasku, którym jaśniała na początku. Element nieustannego zaskoczenia oraz tajemniczość skutecznie przysłaniały, niewidoczne początkowo, wady. A największym zarzutem, jaki można sformułować wobec dzieła Scorsesego, jest pretensjonalność i powierzchowność tej, z pozoru pompatycznej narracji. Główny bohater trawiony jest przez demony przeszłości i powojenną traumę. W ponad dwugodzinnej produkcji nie ma miejsca na oddech – gęsty i nieprzyjemny klimat wylewa się z ekranu, topiąc zmęczonego nadmiarem bodźców widza.

Dialogi w utworze porażają brakiem wysublimowania i lekkości. Czasami wydawało mi się, że poszczególne „one-linery” był owocem wytężonej pracy grupki nastolatków, której najbliżej subkulturze Emo. Patrząc na całość z tej perspektywy, również zaskakujący finał opowieści wydaje się być pretensjonalny, przeintelektualizowany i w zasadzie płytki. Brak mu głębi. Nie dostrzegamy jednak tego za pierwszym razem, ponieważ końcowy i definitywny climax prowadzi do chaosu interpretacyjnego. Jesteśmy zaskoczeni – myliliśmy się przez cały film. Twórcy cały czas wodzili nas za nos i pokazywali nam tylko to, co chcieli, żebyśmy widzieli. Prawda była jednak zupełnie inna. A może ostatnie słowa nie miały znaczenia i zostały wypowiedziane mimowolnie, a nasze początkowe założenia były słuszne? To zdecydowanie broni „Wyspę tajemnic”. Film pozostawia nas w zawieszeniu, rozdźwięku i dychotomii.

Pozorna wzniosłość usypia naszą czujność. Zostajemy uwikłani w misternie zaplanowaną intrygę udręczonego cierpieniem umysłu. Jakież musi być nasze zaskoczenie, gdy zdamy sobie wreszcie sprawę z tego, że znajdowaliśmy się w zawieszeniu – byliśmy pogrążeni we śnie, z którego nie możemy się przebudzić? Mimo tego, że dostrzegalna była absurdalność świata przedstawionego, chcieliśmy wierzyć, że nasza pierwotna ocena rzeczywistości jest prawdziwa i poprawna. Jak cudownie się mylić!

Ta imponująca struktura i ambitny projekt byłby skazane na porażkę, gdyby nie znakomita obsada. Aktorom, dzięki niezwykle autentycznym kreacjom, nie tylko udało się zanurzyć widza w opowieść, ale również skutecznie go oszukać. Immersja była pełna, odbiorca został pochłonięty przez wizję twórców – uwierzył w założenia, jakie zostały mu przedłożone. Szczególnie dobrze wypada duet aktorski: Leonardo DiCaprio i Mark Ruffalo. Interakcje między panami są naturalne i autentyczne. Pomagają wciągnąć się w zarysowaną intrygę, maskują scenariuszowe niedociągnięcia i niespójności. Stanowią swoje przeciwieństwo: DiCaprio – narwaniec i raptus, Ruffalo oaza spokoju. Warto wspomnieć również o udanych występach: Bena Kingsley’a, Michelle Williams czy legendarnego Maxa von Sydowa.

Mówiąc o „Wsypie tajemnic” nie sposób nie wspomnieć również o warstwie audiowizualnej, która została zrealizowana na mistrzowskim poziome. W pamięci zapadły mi przede wszystkim zdjęcia Roberta Richardsona. Autor obrazu poprzez wyblakłą kolorystykę i ujęcia skąpane w mgle skutecznie podbija uczucie zagrożenia i zaszczucia. Powolne, wręcz majestatyczne jazdy kamery, drobiazgowo przemyślane i skomponowane kadry przypominają sen – perfekcyjnie wykreowany świat możliwy, w którym rozgrywa się nakreślona przez scenarzystów intryga. Zdjęcia podkreślają to, w jak dużym stopniu zaplanowane jest to dzieło i jak drobiazgowo jest ono zaprojektowane. Uczucie niepokoju podkreśla ambientowa ścieżka dźwiękowa.

Przebudzenie to przecież niemal jak narodziny. Człowiek wynurza się pozbawiony historii, potem, przecierając oczy i ziewając, usiłuje na nowo sklecić swoją przeszłość, układa rozsypane okruchy życia w chronologicznym porządku, a na koniec zbiera siły, żeby stawić czoło teraźniejszości” (Dennis Lehane, Wyspa skazańców). „Wyspa tajemnic” to film zaskakujący, który znacząco traci przy kolejnym oglądaniu. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że jest to produkcja „na jeden raz”. Z każdym kolejnym seansem zauważamy coraz więcej nieścisłości, błędów i taniej pompatyczności. Mimo to, jest to dzieło, które zdecydowanie warto zobaczyć. Bo chociaż zaskakuje jedynie raz, to robi to w stylu iście mistrzowskim.

Ocena filmu: 7,5/10

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *