Co warto zobaczyć w sieci?

Co więc wreszcie jest prawdą w kinie? Zapewne jest nią, tylko i wyłącznie, sam film już zrobiony, w momencie gdy gaśnie światło i pojawia się pierwszy obraz: ma on życie albo nie, i to jest bodaj jedyne jako-takie, najmniej chwiejne stwierdzenie rzeczywistości kina”(Zygmunt Kałużyński). Kina w Polsce od jakiegoś czasu są oficjalnie odmrożone. Nieoficjalnie jednak mało, co zmieniło się w tej materii od wybuchu pandemii. Kultura jest skuta lodem. Na nowe premiery filmowe przyjdzie nam jeszcze poczekać przynajmniej do połowy lipca. Dlatego też, ponownie przyjrzę się ofercie najpopularniejszych serwisów streamingowych działających w naszym kraju. Zapraszam na przegląd pięciu filmów, które zdecydowanie warto zobaczyć, w oczekiwaniu na otwarcie kin.

Juliusz (Netflix)

Przez lata utarło się, że Polacy nie potrafią już realizować dobrych komedii. Po niezwykle udanej trylogii Olafa Lubaszenki oraz ostatniego dobrego filmu Juliusza Machulskiego, jakim było „Vinci” z 2004 roku dla tego gatunku w Polsce „nastały mroczne czasy”. Co parę lat dystrybutorzy starali się wmówić widzom, że ich najnowsza produkcja przywróci polskiej komedii jej dawny blask. Bardzo szybko okazywało się jednak, że były to obietnice bez pokrycia. I tak, całkiem nieoczekiwanie, na horyzoncie pojawił się „Juliusz” wyreżyserowany przez Aleksandra Pietrzaka, który choć niepozbawiony wad, jest jednym z najlepszych i najjaśniejszych przedstawicieli tego, dawno już spisanego na straty w naszym kraju, gatunku. 

Film opowiada historię tytułowego Juliusza, który mierzy się ze swoim, pełnym problemów, życiem. Kiedy jego ojciec dostaje drugiego zawału, długoletnia stagnacja bohatera ustępuje licznym zmianom, na które nie do końca jest przygotowany. „Juliusz” nie nie jest stuprocentową komedią. To raczej tragifarsa – produkcja, która garściami czerpie z filmów Marka Koterskiego. Takie ironiczne przedstawienie ponurej rzeczywistości działa w obrazie Pietrzaka doskonale. Mamy tutaj kilka scen i momentów, które w niedługim czasie zapiszą się złotymi zgłoskami w historii polskiej komedii (miedzy innymi: znakomita scena z portretem matki Juliusza czy skoku na bungie). Dość duży wpływ na ostateczny kształt historii mieli znani standuperzy: Abelard Giza i Kacper Ruciński. Była to zdecydowanie dobra decyzja.

Mimo udanego scenariusza i dość zaskakującej, jak na polskie komediowe standardy, historii – film nie radzi sobie w przestrzeni audio-wizualnej. Najtrudniej było mi zaakceptować nierówne zdjęcia Mateusza Pastewki. Momentami najnowsza produkcja Pietrzaka prezentowała się znakomicie – piękne, realizowane pod światło ujęcia odznaczały się doskonałą kompozycją i dbałością o najmniejszy detal. Znacznie więcej było jednak zdjęć, które nie miały na siebie żadnego pomysłu i przypominały bardziej kadry ze złej telewizji z lat 70. XX w. niż pełnoprawnej kinowej produkcji.

Jednak dla wyposzczonego miłośnika polskiej komedii Juliusz będzie prawdziwą „manną  z nieba”. Jest to utwór, który mimo technicznych niedociągnięć oferuje to, co większość ostatnich produkcji tego typu obiecało zrobić. Mimo pewnej wtórności i schematycznej budowy film broni się świeżością pomysłów i rozwiązań, a także charakterystycznym czarnym humorem. Dobrze spisali się także aktorzy, którym udało się udźwignąć mocno ironiczny koncept produkcji.

Spider-man Uniwersum (HBO GO)

Animacja o Człowieku pająku opowiada historię Milesa Moralesa – nastolatka, który po ukąszeniu przez radioaktywnego pająka nabywa niezwykłe umiejętności i dzięki nim staje do walki z Kingpinem, którego diaboliczny plan może doprowadzić do destrukcji całego wszechświata. I gdyby fabuła kończyła się w tym miejscu, to „Spider-Man Uniwersum” byłby kolejnym origin movie, których – zwłaszcza w subgatunku superbohaterskim – pojawiło się, przez ostatnie lata, aż nadto. Na szczęście, dla filmu duetu Persichetti-Ramsey stanowi to jedynie preludium i podbudowę do zawiązania się znacznie bardziej skomplikowanej i angażującej struktury narracyjnej. Działania głównego antagonisty tworzą wyrwę międzywymiarową, która przenosi spider-manów z innych rzeczywistości do świata Moralesa. Od tego momentu bohaterowie będą musieli zjednoczyć się i razem stawić czoła złu.

Mimo angażującej i nieszablonowej fabuły, „Spider-Man Uniwersum” nie odniosłoby sukcesu, gdyby nie zachwycający sposób animacji, na jaki zdecydowali się twórcy. Film jest mocno stylizowany na komiks – co jakiś czas na ekranie pojawiają się charakterystyczne dymki, onomatopeje, a na całość nałożony jest, przypominający papier tudzież nadruk, filtr. Poza tym, zauważalne jest przyjemne dla oka „klatkowanie”, którego wartość z pewnością oscyluje poniżej 24 klatek na sekundę. Zabieg ten jeszcze bardziej podkreśla to, że autorzy silnie inspirowali się tym specyficznym medium, jakim jest komiks i jak najdokładniej starali się przełożyć na język filmu to doświadczenie. Efekt ich pracy jest porażający, a „Spider-Man Uniwersum” to chyba najdoskonalsza pod względem formy animacja 2018 roku. Trzeci akt opowieści stanowi swego rodzaju kulminację audio-wizualną, a kolor na krótki moment staje się najważniejszym elementem składowym dzieła.

Warto pochwalić również aktorów głosowych, którzy tchnęli życie w poszczególne postaci. Mahershala Ali, Zoe Kravitz, Jake Johnson czy chociażby Shameik Moore wcielający się w postać Moralesa, pokazali, że bez nich produkcja ta byłaby wyraźnie niekompletna i gorsza. Warto nadmienić, że rodzimy dubbing wypada nad wyraz solidnie i nie jest na siłę „dośmieszany”, co stanowiło ostatnio zmorę polskich lokalizacji.

Spider-man wielokrotnie powtarzał, że „z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. Na barkach autorów, bez wątpienia spoczywał właśnie taki ciężar i oczekiwania. Ostatnie lata były niezwykle ważne dla człowieka-pająka, który od pewnego czasu znajdował się w swoistym letargu. Ten stan rzeczy zmieniły, przede wszystkim, niezwykle udane filmowe adaptacje Marvela o podtytułach: „Homecoming” oraz „Daleko od domu”. W komiksie również nastały złote czasy dla Spidey’go. Twórcy animacji nie mogli zawieźć fanów, zwłaszcza w roku 2018, w którym to odeszli: Stan Lee oraz Steve Ditko – osoby, które stworzyły Spider-mana. Na szczęście „Spider-Man Uniwersum” to film kompletny i chyba najlepsza ekranizacja tego komiksu w historii.

John Wick II (Netflix)

John Wick – niskobudżetowy film z 2014 roku, nieoczekiwanie, w bardzo krótkim czasie zyskał status kultowego. Produkcja będąca pastiszem kina akcji doczekała się wielu fanów na całym świecie. W 2017 roku reżyser Chad Stahelski powrócił z jeszcze większą porcją tego samego.

Historia jest bezpośrednią kontynuacją pierwowzoru. John Wick udaje się do Rzymu. Jego stary przyjaciel żąda wypełnienia przez niego przyrzeczenia, które umożliwi mu przejęcie kontroli nad międzynarodową gildią zabójców. Fabuła, podobnie jak w jedynce, nie ma większego znaczenia, a jest tylko przyczynkiem do ukazywania coraz to bardziej wymyślnych scen kaskaderskich. Film pod tym względem nie ma sobie równych. Choreografia walk oraz ich klimat nie pozwalają oderwać się widzowi od widowiska. Nic w tym dziwnego, w końcu Chad Stahelski pracował przy tworzeniu choreografii do wielu hollywoodzkich produkcji, między innymi do Matrixa.

John Wick II jest wyjątkowy wizualnie. Piękne ujęcia, kontrastowo doświetlone kadry nadają produkcji poloru i profesjonalnego sznytu. Sceny walk są wyreżyserowane po mistrzowsku; widz cały czas wie, co dzieje się na ekranie. I tutaj dochodzimy do głównego problemu Johna Wicka II, bo ten film, prócz świetnej i wartkiej akcji oraz niesamowitej choreografii, nie ma nic do zaoferowania. Co ciekawe, filmowcy mają tego pełną świadomość i umyślnie doprowadzają historię do granic absurdu. Rzadko się zdarza, żeby pastisz staje się pastiszem samego siebie. Tak czy inaczej, dla samej akcji i choreografii warto dać produkcji szansę.

Player One (HBO GO)

Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. W postapokaliptycznym i zdegenerowanym świecie ludzie znajdują ukojenie w wirtualnej rzeczywistości, która staje się dla nich „nowym domem” i miejscem swobodnej samorealizacji. Twórca elektronicznego świata przed śmiercią postanawia przekazać cały majątek pierwszej osobie, która znajdzie ukryty w grze „easter egg”. Teoretycznie więc, projekt scenariusza wydaje się bardzo interesujący, dający twórcom pole do popisu.

Wirtualna rzeczywistość, pomijając wtórność i żerowanie na znanych i lubianych markach, poraża swoim rozmachem oraz poziomem wykonania. Pozytywne emocje wzbudziła we mnie finałowa bitwa, którą pokazywano w większości materiałów promocyjnych. Na tym tle, świat fizyczny – czy  „prawdziwy”, jak chciałby nazywać go Steven Spielberg – wygląda biednie. Wynika to głownie z zaskakująco przeciętnych zdjęć Janusza Kamińskiego, które kręcone były cały czas na zamkniętej przysłonie. Doprowadziło do mocnego zaszumienia obrazu, który w żaden sposób nie koresponduje z czystym komputerowym renderem. Może miał to być swego rodzaju kontrapunkt, jednak w tym przypadku zupełnie się to nie sprawdziło. Wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa Alana Silvestriego pozwala jednak zapomnieć o błędach w warstwie audio-wizualnej.

Spielberg zawsze miał szczęście do castingu i podobnie w „Player One” udało mu się znakomicie dobrać obsadę aktorską. Na szczególną uwagę zasługują postaci grane przez Tye’a Sheridana, piękną Olivię Cooke oraz świetnego Bena Mendelsohna, który wcielił się w rolę głównego antagonisty.

„Player One” to film, który poraża widza swoim rozmachem i zawodzi na poziomie narracyjnym. Produkcja zaprzepaściła ciekawy koncept tragedii upadłego społeczeństwa. Mimo wszystko, dzieło warto zobaczyć, szczególnie patrząc nań przez pryzmat wcześniejszych dokonań twórcy. Mimo odtwórczości i sporadycznej nudy, to nadal porządny i angażujący popcorniak. Parafrazując „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza możemy zapytać „dlaczego Spielberg wzbudza w nas zachwyt i miłość?” Odpowiedź wydaje się być jednoznaczna – „dlatego […], że wielkim reżyserem był”!

Dwóch papieży (Netflix)

Benedykt, jeden z najmniej popularnych papieży ostatnich czasów, postanowił odejść, ponieważ jego wizja władzy watykańskiej – mocno scentralizowanej i autorytarnej – nie spotkała się z dostatecznym poparciem nie tylko kościoła powszechnego, ale nawet jego najbliższego otoczenia, czyli rzymskiej kurii. To nie przypadek, że na kilka dni przed ogłoszeniem abdykacji ważna postać kurii, kardynał Paglia, wystąpił z orędziem na rzecz związków partnerskich, popierającym nowe ustawy w Wielkiej Brytanii i Francji, a tym samym wprost wymierzonym przeciw konsekwentnie antygejowskiej polityce samego papieża” (Agata Bielik-Robson).

Abdykacja Benedykta XVI była wydarzeniem bez precedensu. Ta niełatwa decyzja zdawała się być początkiem czegoś nowego, przełomem i odnową Kościoła katolickiego. Jest kwestią sporną, czy zmiana właściciela papieskich regaliów faktycznie wpłynęła na zmianę, doprowadziła do jakościowej transformacji. Wielu krytykujących obecnego papieża uważa, że właściwie nie zmieniło się nic – poza desygnatem biskupa Rzymu. Jest jednak faktem, że Franciszek to człowiek prezentujący zdecydowanie bardziej liberalne podejście do otaczającej go rzeczywistości. O zderzeniu dwóch, zupełnie innych spojrzeń na wiarę oraz przyszłość Kościoła traktuje najnowszy film Fernanda Meirelles’a pt.: „Dwóch papieży”, który zadebiutował na platformie Netflix 31 sierpnia 2019 roku. Produkcja spotkała się nie tylko z uznaniem widzów, ale i krytyków.

Opowieść koncentruje się na spotkaniu Benedykta XVI z przyszłym Papieżem Franciszkiem. Twórcy starają się nakreślić i zrelacjonować rozmowę, do jakiej mogło dość podczas zderzenia tych dwóch autorytetów Kościoła. Bohaterowie historii zanurzają się w filozoficznej dyskusji, w której każda ze stron stara się udowodnić, że to właśnie ona ma rację. Zarówno Benedykt, jak również kardynał Bergoglio bardzo szybko stają się posągami – którym scenarzyści poskąpili człowieczeństwa. Cały dyskurs, jaki prowadzony jest podczas seansu, sprowadza się wyłącznie do dysput związanych z teologią – tutaj nie ma miejsca na to, żeby zrozumieć bohaterów, zżyć się z nimi, zobaczyć w nich nas samych. Na przyziemność i normalność w „Dwóch papieżach” jest niewiele czasu. Mimo to, warto dać szansę produkcji, bo to nadal jeden z najlepszych przedstawicieli kina hagiograficznego. Mimo wszechobecnej wzniosłości – możemy dostrzec ludzi w głównych bohaterach. Oczywiście jeśli wystarczająco wytężymy zmysły. „Dwóch papieży” trzeba zobaczyć, zwłaszcza w kontekście nagród i pozytywnych reakcji, jakie dzieło wywołało w środowisku.

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *