Dlaczego warto zobaczyć „Imperium kontratakuje”?

Moc jest z tobą, młody Skywalkerze… ale nie jesteś jeszcze Jedi”. Siedemnastego maja 1980 roku na ekranach kin zadebiutował pierwszy sequel „Gwiezdnych wojen”, który pod każdym względem przewyższał oryginał. „Imperium kontratakuje” było opowieścią zdecydowanie dojrzalszą, mroczniejszą i bezkompromisową. Do dzisiaj, film uważany jest za najlepszą odsłonę gwiezdnej sagi. Czterdzieści lat po premierze dzieło Irvina Kershnera ponownie wróciło (wcześniej w 1997) do kin i z miejsca stanęło na szczycie box office’u. Sieć Multikino również w Polsce wprowadziła pokazy specjalne tego utworu, a od 24 lipca produkcję będzie można zobaczyć w serwisie HBO GO. Dlaczego warto dać jej szansę?

Jeśli miałbym komukolwiek polecić jeden film ze świata Star Wars, to zdecydowanie – bez nawet minuty zastanowienia – wskazałbym na produkcję w reżyserii Irvina Kershnera. „Imperium kontratakuje” jest opowieścią poważaną, która pokazuje i dowodzi, że zakończenie nie zawsze musi być optymistyczne. Utwór ma gorzki finał, zło wygrało, bohaterom cudem udało się przeżyć, część z nich trafiła do niewoli. Początkowe sukcesy rebelii straciły na znaczeniu – mrok ponownie spowił galaktykę.

W „Imperium kontratakuje” ma miejsce jeden z najbardziej kultowych zwrotów akcji w historii kina. Dla tego momentu warto zobaczyć pierwsze „Gwiezdne wojny” („Nowa nadzieja”) z 1977 roku, bo wtedy konsternacja będzie jeszcze większa. Film zaskoczył wszystkich – pamiętna scena walki na Bespinie do dzisiaj stanowi jeden z najgorętszych tematów rozmów wśród fanów. To, w jaki sposób została wyreżyserowana, w jaki pokazana i jak zagrana – stanowi niedościgniony wzorzec dla późniejszych cześci. Kończący sekwencję climax – słowa Dartha Vadera wywracają postrzeganie i wydźwięk ukazanej dotąd historii. Powiew świeżości serii po wielu latach spróbował przywrócić Rian Johnson w „Ostatnim Jedi”. W ogólnym rozrachunku mu się to udało – produkcja z 2017 roku jest niebanalna i przewrotna. Na sali kinowej czułem się podobnie, jak podczas pierwszego seansu „Imperium kontratakuje” – jak dziecko.

Tym, co stanowi o sile drugiej części oryginalnej trylogii, jest warstwa audiowizualna. Na pierwszy plan wychodzą doskonałe zdjęcia Petera Suschitzky’ego – to bardzo mroczne i przemyślane kompozycje. Głównym narzędziem, jakie wykorzystuje Suschitzky jest światło. Stara się kręcić w niskim kluczu, używa mocnych kontrastów pomiędzy światłem i mrokiem, czy bielą i czernią. W zdjęciach dominuje kontra, która często wyłącznie zarysowuje sylwetki. Równie dobrze wypada genialna ścieżka dźwiękowa Johna Williamsa. Utwory takie jak: „The Imperial March”, „Yoda and the Force” czy „The Duel” na stałe wpisały się do kanonu muzyki filmowej. „Imperium kontratakuje” to dzieło wzniosłe i pompatyczne. Aspekty techniczne potęgują to wrażenie czyniąc z tego filmu prawdziwe arcydzieło kinematografii.

Bardzo dobrze wypadają również aktorzy, którzy grają zdecydowanie lepiej niż w części pierwszej. Dużo łatwiej się z nimi sympatyzuje – ich role są bardziej angażujące. Zmianę widać przede wszystkim w Marku Hamillu, który wcielił się w Luke’a Skywalkera. Postać stała się zdecydowanie bardziej zniuansowana i nieostra. Luke nie jest kryształowy – bardzo blisko mu do ciemnej strony mocy, nieobcy jest mu gniew i frustracja. Jest to bohater niedoskonały, który jednak pragnie dobra. Większość z nas może zobaczyć w nim siebie – jest swego rodzaju lustrem, w którym możemy się przejrzeć i zobaczyć nasze przywary. Pokazuje jednak, że jeśli będziemy pracować wystarczająco ciężko, przezwyciężmy każdą z przeszkód.

Doskonały klimat, oszałamiające wizualia oraz angażująca historia to jednak zdecydowanie za mało, żeby rozpatrywać „Imperium”, jako dzieło wybitne. Na szczęście produkcja działa również na poziomie metaforycznym, a opowiedziana w filmie historia doskonale korespondowała z ówczesną sytuacją polityczną na świecie. Zimna Wojna w 1980 roku trwała w najlepsze. Relatywnie łatwo utożsamić „imperium zła” z widmem komunizmu i mającym imperialistyczne ambicje ZSRR. Nigdy dotąd, żaden inny film głównego nurtu nie przedstawił tak szczegółowej analizy państwa totalitarnego. Państwa, w którym przywódcy nie liczą się z innymi – a posłuszeństwo uzyskuje się poprzez strach i aparat przymusu. Finał opowieści jest swego rodzaju przestrogą – możemy nie zauważyć kiedy zostaniemy zniewoleni, wystarczy chwila nieuwagi i będzie po nas i naszej wolności. Zawsze jednak tli się nadzieja – spoglądający w kierunku galaktyki Luke stanowi otuchę i obietnicę, że nie wszystko jeszcze stracone.

Wielkiego wojownika, hmm? Wojna nikogo wielkim nie czyni.” „Imperium kontratakuje” jest filmem mądrym – utworem, z którego możemy wynieść ceną lekcję. Mistrz Yoda powiedział „Rób albo nie rób. Nie ma próbowania”. Jest to w zasadzie główna myśl całego utworu. Żeby osiągać rezultaty trzeba się czemuś poświęcić w pełni. Jeśli nas na to nie stać, to lepiej siedzieć z założonymi rękoma. Próbowanie obarczone jest negatywnym nastawieniem – jest to zabezpieczenie; skoro próbuje, to może mi się nie udać. Trzeba żyć pełnią życia – dawać z siebie wszystko. Niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche pisał: „Budujcie domy na Wezuwiuszu!”. Żyjcie, a nie próbujcie – nie bójcie się popełniać błędów.

Ocena filmu: 10/10

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *