Scooby-Doo!

I wszystko by mi się udało, gdyby nie te wścibskie dzieciaki”. Idąc na najnowszą odsłonę przygód Scooby-Doo nie miałem nazbyt wygórowanych oczekiwań. Popularna franczyza medialna, jaką bez wątpienia są przygody Brygady Detektywów, od momentu powstania w 1969 roku nie przeszła wielu modyfikacji – schemat opowieści stał się mocno przewidywalny, a animacja – oprócz lubianych bohaterów i klimatu – nie miała zbyt wiele do zaoferowania. Swoistym powiewem świeżości była aktorska dylogia stworzona przez Jamesa Gunna („Scooby Doo” oraz „Scooby Doo: Potwory na gigancie” – obie części dostępne na platformie Netflix). Scenarzysta udowodnił, że na odtwórczą i niedzisiejszą strukturę można spojrzeć zupełnie z innej strony i powiedzieć coś nowego. Poprzeczka została zawieszona wysoko, a kolejne utwory z powrotem usilnie nawiązywały do oryginalnego konceptu. Dlatego też, wyprodukowany w 2020 roku „Scooby-Doo!” zaskoczył mnie i pokazał mi, że twórcy nie powiedzieli tutaj ostatniego słowa.

W 1969 roku Joe Ruby i Ken Spears powołali do życia jedną z najbardziej rozpoznawalnych animacji na świecie. „Scooby-Doo, gdzie jesteś?” zostało wyprodukowane dla studia Hanna-Barbera. Produkcja opowiadała o przygodach czwórki nastolatków Freda, Daphne, Velmy, Kudłatego oraz doga niemieckiego – tytułowego Scooby’ego. Przyjaciele rozwiązywali zagadki kryminalne – związane ze zjawiskami paranormalnymi. Finalnie okazywało się jednak, że nadprzyrodzone zjawiska to jedynie przykrywka, dla przestępczej działalności przebranych za duchy opryszków.

Produkcja z 2020 roku podchodzi do tematu z zupełnie innej perspektywy. Już na samym początku niemal wszystko jest jasne – wiemy, kto jest głównym antagonistą – nikt nie kryje się za maską upiora. Główną zagadką jest motywacja przestępcy – co stanowi motyw jego działania? Dlaczego tak obsesyjnie pragnie uprowadzić Scooby’ego? Twórcy umieścili liczne nawiązania do oryginalnych animacji Hanna-Barbera. Dlatego też, w roli złoczyńcy obsadzono Dicka Dastardly’ego – kultową postać z animacji „Dastardly i Muttley” z 1969 roku. Nawiązań i „mrugnięć okiem” w stronę widza jest zdecydowanie więcej – a ich odkrywanie stanowi wartość dodaną dla starszych odbiorców, dla których wspomniane motywy mogą stanowić ważną część ich dzieciństwa.

Tym, co stanowi o jakości najnowszego „Scooby’ego”, jest zdecydowanie warstwa audio-wizualna. Nie sądziłem, że animacja zostanie przygotowana na tak wysokim poziomie. Zaskakuje płynność obrazu, rozpiętość tonalna kolorów, efekty cząsteczkowe. „Scooby-Doo” przypomina w odbiorze animacje studia Pixar – nie sposób nie zachwycić się złożonością obiektów i bogactwem detali, które wprost wylewają się z ekranu. Wydaje się, że hasło promocyjne „najbardziej oczekiwana animacja 2020 roku” jest nieprzypadkowe i faktycznie ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Muszę pochwalić również polską lokalizację utworu. Zawsze kiedy zmuszony jestem wybrać dubbing w kinie – boję się, że rodzima wersja językowa, z uwagi na desperackie próby dośmieszania tekstu, będzie zwyczajnie niestrawna. Twórcy jednak zaskakują, a utwór trafia humorem dokładnie w punkt. Teksty bawią, postaci budzą sympatię, a nieliczne nawiązania do popkultury czy obecnej rzeczywistości (tak, są żarty dotyczące COVID-19) nie zdominowały całości, stanowiąc miłe urozmaicenie pozaostałych gagów słownych i sytuacyjnych. Po zachłyśnięciu się popularnością tłumaczenia „Shreka” autorstwa Bartosza Wierzbięty i wyeksploatowaniu konceptu do granic możliwości – polscy tłumacze nauczyli się w końcu umiaru.

Jedyne, co w „Scooby-Doo!” zawodzi, to scenariusz. Scenariusz zdecydowanie innowacyjny, jednak nie takiego odświeżenia i nowości oczekiwałem od twórców. Zrezygnowanie z wątków paranormalnych, tajemniczego śledztwa na rzecz wariacji na temat kina super-bohaterskiego powoduje, że produkcja traci unikalny klimat, za który miliony pokochały niegdyś Brygadę Detektywów. Opowieść jest przewidywalna – od samego początku wiemy, jak się potoczy i jaki będzie jej finał. Nieco mroczniejszy trzeci akt nie przeraża; Cerber – trójgłowy ogar przypomina co najwyżej potulnego psiaka, którego niewiadomo z jakich przyczyn obawiają się wszyscy protagoniści. Brak zagrożenia prowadzi do tego, że nie czuje się w filmie „stawki”. Jest to przyjemny seans – ale to zdecydowanie za mało, żebyśmy „Scooby-Doo!” mogli rozpatrywać, jako w pełni udane widowisko. Jest to krok w dobrą stronę – ale droga jeszcze daleka.

Ocena filmu: 6,5/10

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *