NIEZALEŻNI I NIEPODLEGLI

Sierpień to w polskiej polityce miesiąc szczególny. Po pierwsze to druga połowa wakacji, kiedy większa część Polski ma całkowicie w nosie, to co przedstawiciel tej czy innej partii ma do powiedzenia. Po drugie obfituje w różne rocznicowe uroczystości, w których ci sami politycy biorą udział.

Premier Mateusz Morawiecki postanowił uciąć wszelkie spekulacje dotyczące tego czy Polska będzie wypowiadała Konwencję Antyprzemocową, czy nie. Wniosek ministra sprawiedliwości został przekazany do Trybunału Konstytucyjnego, celem sprawdzenia, czy Konwencja w ogóle jest zgodna z polską konstytucją. Co prawda w dokumencie ratyfikacyjnym jest napisane, że pierwszeństwo nad dokumentem międzynarodowym ma nasza ustawa zasadnicza, ale było to podpisane przez poprzedni parlament (w sensie ten, w którym partia rządząca była partią opozycyjną) oraz poprzedniego prezydenta. Dyskusja nad wnioskiem ministra i premiera spowodowała, że opinia publiczna, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, dowiedziała się, że ten lewacko-liberalny bełkot, wymierzony przeciwko tradycyjnej, Polskiej rodzinie, obowiązuje u nas od ponad pięciu lat.

Od 1 sierpnia ruszył bon turystyczny w kwocie 500 złotych dla każdego dziecka oraz dodatkowe 500 złotych dla dzieci niepełnosprawnych. Jak zwykle w takich przypadkach rodzice podzielili się na dwa obozy. Jedni uważają, że rozpoczęcie programu w połowie wakacji to zdecydowanie za późno, podczas gdy ci drudzy cieszą się nawet z tego. Minister Jadwiga Emilewicz na konferencji prasowej uspokajała, że bon można będzie wykorzystać jeszcze przez ponad półtora roku, więc jeśli ktoś nie zdążył teraz, to zawsze zostają ferie zimowe. Jednocześnie stwierdziła, że rząd w nawet najśmielszych snach nie spodziewał się tego, jak bardzo program będzie popularny.

Tymczasem branża turystyczna, która miała być głównym beneficjentem wprowadzeniu bonu wygląda na niespecjalnie zadowoloną. Przedstawiciele hotelarzy narzekają, że rodziny z dziećmi rzadko kiedy korzystają z ich usług, a ich trzy główne źródła dochodu, czyli młodzi bezdzietni, emeryci i podróżujący służbowo pozostali w domach.

Z drugiej strony, po raz kolejny okazało się, że Polak potrafi i bony turystyczne stały się kolejnym obiektem handlu wymiennego. W internecie zaroiło się od osób oferujących wymianę kodu na żywą gotówkę. Z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, ogłoszenia o honorowaniu bonu turystycznego zaczęli zamieszczać fryzjerzy i kosmetyczki. Na nieszczęście wszystkich, za sprzedaż bonu ustawodawca przewidział surowe kary, a bonem można płacić wyłącznie w instytucjach zapisanych na stronach Polskiej Organizacji Turystycznej.

Wiceminister kultury Paweł Lewandowski ogłosił, że jeden ze śląskich mostów będzie brał udział w najnowszej, siódmej już, części Mission Impossibble. Chodzi o powstałą 114 lat temu konstrukcję nad Jeziorem Pilchowickim i jednocześnie jeden z najwyższych mostów kolejowych w Polsce. Polski Instytut Sztuki Filmowej przekazał nawet dotację w wysokości 5,5 miliona złotych na zachęcenie producentów filmu, żeby zamiast w Szwajcarii część scen była kręcona na Śląsku. Całej sprawie są przeciwni: mieszkańcy, zarząd powiatu, dyrektor kolei regionalnej, wojewódzki konserwator zabytków oraz UNESCO. Dlaczego? Otóż scena zakłada spektakularne… wysadzenie mostu w powietrze. Wiceminister Lewandowski zapewnia, że producent zgodził się na jego odbudowanie po zakończeniu zdjęć. Najmniejsza estymacja kosztów wynosi 20-30 milionów złotych i trochę nie chce się wierzyć w to, że ktoś w Hollywood będzie chciał zapłacić takie pieniądze, nawet za możliwość kompletnej destrukcji czegoś, co powstało za Cesarza Wilhelma, a nie byli tego w stanie zburzyć wycofujący się hitlerowcy. Na szczęście ministerstwo ma już pomysł, jak złamać opór wszystkich i móc powiedzieć, że Polski Śląsk jest lepszy od szwajcarskich Alp. Wiceminister Lewandowski już zapowiedział odwołanie do Generalnego Inspektora Zabytków, czyli do jednego z wiceministrów kultury. Myślę, że argumentacja, że most jest „nieestetyczną ruiną postindustrialną” i do tego dziełem niemieckim, przekona wszystkich do jego zburzenia.

Na polu walki z koronawirusem, okazało się, że choroba, która grzecznie czekała na zakończenie procesu wyborczego w Polsce, postanowiła przyspieszyć i jej druga fala zaczęła się od połowy lipca, a nie, jak wszyscy sądzili, dopiero późną jesienią. Partia rządząca postanowiła, że zacznie rozważać, czy czasem nie będzie dobrym pomysłem, aby wrócić do części ograniczeń sprzed paru miesięcy. Tymczasem dziennie mamy przyrost około 600 nowych przypadków i pewnie nie ma to związku z tym, że na plażach leży Polak przy Polaku, w górach na szlakach ludzie depczą sobie po piętach, a najnowszym krzykiem mody jest maseczka noszona jako bransoletka.

W mediach pojawiła się wiadomość, że już trzech senatorów (przez przypadek wszyscy z opozycji) otrzymało pozytywne wyniki. Biorąc pod uwagę, że lada chwila będzie głosowana ustawa budżetowa, do której potrzebny jest pełen skład parlamentu (przynajmniej po stronie partii rządzącej), to może niech lepiej wszyscy politycy na czas jakiś zamkną się na kwarantannie. Na szczęście Marszałek Witek odwołała posiedzenie Sejmu zaplanowane na 7 sierpnia. Zaprzysiężenie Andrzeja Dudy przed połączonymi Izbami (6 sierpnia) odbędzie się zgodnie z planem.

I tego, żeby wirus w koronie krzyżował tylko niektóre plany, sobie i wszystkim życzę

Żmija

Żmija

Jadowity punkt widzenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *