Włoskie wakacje

Godzimy się z tym, że nie jesteśmy wieczni, ale nie możemy znieść tego, aby sprawy nasze i czyny utraciły nagle w naszych oczach wszelki sens. Wtedy bowiem obnaża się pustka, która nas otacza…” (Antoine de Saint-Exupéry, Nocny lot). Kino na całym świecie ulega powolnemu odmrożeniu. Z każdym kolejnym tygodniem, na duży ekran trafia coraz więcej produkcji, które wszelkimi sposobami starają się przyciągnąć odbiorców. Obecnie sytuacja nie napawa optymizmem. Od momentu otwarcia multipleksów byłem na kilku sensach – przede wszystkim na pokazach premierowych – i oprócz mnie na sali zazwyczaj była jedna osoba. Podczas pandemii ludzie przyzwyczaili się do serwisów internetowych – zauważyli, że jest to przyjemny i dużo tańszy sposób odbioru filmów. Jeśli taki stan rzeczy potrwa dłużej i pustki staną się normą – może się okazać, że utrzymywanie kin przestanie być opłacalne i usługi VOD będą jedyną formą dystrybucji. Kolejną, po umiarkowanie udanym „Nieobliczalnym”, próbą wskrzeszenia zainteresowania kinem jest skromny, familijny utwór Jamesa D’Arcy’ego. Jego „Włoskie wakacje” mogą przyciągać humorem i doborową obsadą – w końcu to kolejna produkcja z genialnym Liamem Neesonem. Czy to jednak wystarczy, aby cały przemysł w końcu dźwignął się z kolan?

Nie trzymając dłużej w niepewności, już na wstępie zdradzę, że „Włoskie wakacje” nie odmienią fatalnej sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie kina. Po pierwszym weekendzie – najnowszy film z Neesonem w roli głównej zarobił nieco ponad 60 tysięcy dolarów na całym świecie. Przy tak niskiej kwocie – trudno nie postrzegać produkcji, jako spektakularnej porażki finansowej. Nie udało mi się dotrzeć do informacji dotyczących kosztów produkcyjnych, ale patrząc na poziom wykonania utworu i jakość aspektów technicznych – musiał to być film wyjątkowo tani.

W pewnych momentach wydawało mi się wręcz, że utwór realizowany jest niskiej klasy aparatem cyfrowym. Większość filmu balansuje na granicy ostrości – uważam, że niedopuszczalna jest sytuacja, w której w kadrze rozmyte są elementy, które założenia nie miały takie być. Męczy też brzydkie i nieregularne zaszumienie obrazu. Z technicznego punktu widzenia „Włoskie wakacje” przypominają bardziej amatorską produkcję, niż kolejny kasowy hit stworzony przez profesjonalnych twórców. Jedynie przyjemna muzyka autorstwa Alexa Belchera – chociaż na chwilę pozwala zapomnieć, z jak niskich lotów technikaliami mamy do czynienia.

Sytuacja wygląda nieco lepiej, jeśli spojrzymy nań przez pryzmat historii, jaką twórcy ukazali w filmie. Robert wraz z synem przyjeżdżają do Włoch, żeby sprzedać rodzinną posiadłość. Pobyt w malowniczej Toskanii staje się przyczynkiem do przewartościowania swojego życia i niejako zaczęcia go od nowa. Mimo dość prostego i przewidywalnego scenariusza – produkcja oferuje przyjemny klimat oraz spore pokłady humoru. Zdarzają się również wzruszające momenty, które potrafią czasem mocno chwycić za serce. „Włoskie wakacje” to bez wątpienia przyjemny i niezobowiązujący seans, który nie ma dużych aspiracji i nie obiecuje zbyt wiele. Opowieść płynie i w zasadzie nie zmierza do konkretnego celu – ważne jest jednak to, że ta bezcelowa podróż jest przyjemna i relaksująca. Miło zanurzyć się w ten świat przedstawiony i spędzić trochę czasu w słonecznej Toskanii.

Z wakacyjnej immersji, co jakiś czas, wyrywa nierówna gra poszczególnych członków obsady. „Włoskie wakacje” to film familijny – nie tylko w warstwie fabularnej, ale również patrząc na sam proces produkcyjny. Liam Neeson gra tutaj bowiem ze swoim synem Micheálem Richardsonem. I gdzie ten pierwszy daje z siebie wszystko, tworząc całkiem przekonującą i angażującą kreację zagubionego i pogrążonego w żałobie ojca, tak ten drugi tworzy bezbarwną postać, z którą trudno sympatyzować. Richardsonem jest na ekranie irytujący – większość scen z jego udziałem ogrywa tym samym wyrazem twarzy, przez co trudno mu kibicować i uwierzyć, że jest to bohater z krwi i kości. Dobrze wypada Valeria Bilello, która wciela się we włoską właścicielkę restauracji i nową sympatię syna Liama Neesona. Aktorka gra świadomie i bezwzględnie przyćmiewa Richardsona w każdej scenie, w której się z nim pojawia. Ogólnie chłopak nie ma łatwego zdania, bo albo kompromituje go Bilello, albo Neeson.

Podsumowując, „Włoskie wakacje” napewno nie są filmem, który przywróci kinom świetność sprzed pandemii. Jest to przyjemna produkcja, której jednak błędy i niedociągnięcia znacznie utrudniają odbiór. Dla samego Neesona i pięknej Bilello warto film zobaczyć – i tak jest to jedna z lepszych propozycji w repertuarze. Takie nastały czasy.

Ocena filmu: 5/10

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *