JAZDA POLSKA CZYLI WYPRAWA POLSKA – GRECJA

Marzenia są po ty by je realizować. Przychodzimy tutaj, aby je spełniać i dzięki nim jesteśmy lepsi – nie od drugiego człowieka – od wczorajszego siebie. Często tylko podejmowanie trudnych wyzwań pozwala dostrzec czego tak naprawdę potrzebujemy i chcemy. Dokładnie tak było tym razem – jak napisał nam Czytelnik.

Hej 🙂 Nazywam się Arkadiusz Hudy, mam 30 lat i mieszkam w Pankach, z którymi jestem mocno związany jednak uważam, że warto jest poszerzać horyzonty i eksplorować świat. Pomysł dalekiej wyprawy w mojej głowie pojawił się jakieś 3 lata temu kiedy pomyślałem żeby odwiedzić brata w Portugalii. Na tamten moment nic nie wiedziałem o wyprawach i nie miałem żadnego w nich doświadczenia. Samo myślenie i wyobrażanie sobie jak może być pięknie niewiele pomaga, choć jest to też ważne – to początek, idea.

W zeszłym roku postanowiłem się zając tematem bliżej, jednak tak daleka wyprawa na pierwszy raz mogłaby okazać się zbyt trudna. We wrześniu 2017 wybrałem się w podróż po Polsce. Celem wyprawy było sprawdzenie czy odpowiada mi taki sposób „wypoczynku” oraz zweryfikowanie mojej kondycji fizycznej, psychicznej, a także zdobycie doświadczenia na temat sprzętu, warunków itp. Po przejechanych około 550km w 6 dni wiedziałem, że będę chciał to powtórzyć. Przyszedł rok bieżący i już w marcu rozpocząłem poszukiwania towarzysza podróży, jednak bez pozytywnego rezultatu. Sam nie byłem zdecydowany gdzie chcę jechać, jak daleko i na jak długo. Czas upływał, a ja zaczynałem tracić nadzieję, że pojadę na wyprawę życia. Jak zwykle na ostatnią chwilę podjąłem kolejne działania. Wystarczyło ponowić ogłoszenie na stronach o tematyce podróży. Na dwa tygodnie przed urlopem odezwał sie chłopak z pomysłem na podróż. Byłem zdumiony, kiedy zaproponował mi aby jechać do Grecji przez Chorwacje. Sam pomysł był fantastyczny, jednak w głowie zaczęły rodzic się wątpliwości czy podołam, jestem odpowiednio przygotowany itd. Żeby pokonać taki dystans potrzebny jest też czas, myśl że będę miesiąc czasu spał poza wygodnym łóżkiem nie pomagała. Nie wiedziałem też czego mogę się spodziewać po moim kompanie.

Równanie z tak wielką liczbą niewiadomych było nie do rozwiązania. Czułem się fatalnie, bo umysł nie dawał mi spokoju – nowe rzeczy, które mogły pojawić się w trakcie wycieczki były postrzegane jako problem. Jednak głęboko w sercu wiedziałem, że chcę jechać i będę z tego zadowolony. Klamka zapadła, podjąłem decyzje i poinformowałem Maćka, że jedziemy. Wątpliwości nie zniknęły, niemniej jednak mogłem się już skupić na przygotowaniu do wyprawy.

WĘGRY

W przedostatnim dniu lipca wyruszyliśmy z Katowic i ten dzień był dla mnie wyjątkowo dziwny – nie mogłem uwierzyć, że jadę do Grecji. Na rowerze miałem 23kg bagażu, przez co jechało się bardzo niestabilnie. Miałem wrażenie, że jest coś nie tak z kołami – po jakimś czasie przywykłem. Dla otuchy i poprawy nastroju zabrałem ze sobą płyn do baniek mydlanych oraz balony do modelowania i didgeridoo, które ostatecznie posłużyło jako mocowanie gigantycznej flagi Polski.

Początek był trudny. Już drugiego dnia zaczęło boleć uszkodzone kiedyś kolano i jechałem w opasce elastycznej – myśli związane z bólem były nieprzyjemne. Pierwszym ekscytującym wrażeniem był moment przekroczenia granicy węgierskiej. Myślałem wtedy, że jestem już całkiem daleko od domu i jest wyraźna różnica pomiędzy krajami. Szokiem dla mnie była nadzwyczajna gościnność Węgrów. Kiedy schowaliśmy się na przystanku przed deszczem, czekając na pogodę, pojawił się miejscowy Węgier, z który nie potrafiliśmy się porozumieć. Finalnie za pomocą języka angielskiego i migowego zaproponował nam nocleg. Po solidnym posiłku spotkaliśmy Polkę, której córka obchodziła 7 urodziny. Oczywiście musiałem wykorzystać tą okazję i podarowałem dziewczynce balonowego zwierzaka z najlepszymi życzeniami – takie chwile radości były moim paliwem. Nocleg mieliśmy zapewniony w Domu Kultury z upragnionym ciepłym prysznicem.

CHORWACJA

Kolejnego dnia dotarliśmy do Chorwacji gdzie ugościła nas miejscowa rodzina, która okazała się być bardzo hojna. Wyjechaliśmy od nich tak zapakowani, że nie było gdzie wsadzić igły, otrzymaliśmy konserwy, kiełbasy i paczki z wojskową żywnością. Starczyło nam to na wiele dni. Chorwacja okazała się pięknym krajem, a widoki zapierały dech w piersiach. Ludzie stale nas dopingowali widząc polską flagę, otrzymaną wcześniej od Polskiej Grupy Rowerowej. Mnóstwo polskich jak i zagranicznych turystów zaczepiało nas i gratulowało pomysłu. Chorwaci bardzo nas komplementowali, to dzięki takiemu dopingowi zyskiwaliśmy energię, by jechać dalej, chociaż kolano przypominało o sobie non-stop, skrzypiąc niczym stary, zardzewiały mechanizm.

Korzystając z uroków Adriatyku spełniłem swoje kolejne pragnienie, jakim było puszczenie baniek mydlanych nad morzem. Dzięki temu udało mi się wywołać uśmiechy zarówno na twarzach dzieciaków jak i dorosłych.

CZARNOGÓRA

Po 12 dniach dotarliśmy do Czarnogóry, wjeżdżałem tam z uśmiechem na twarzy, satysfakcją i oczekiwaniem na to, co może się wydarzyć. Moja kondycja psychiczna i fizyczna była zdecydowanie lepsza niż na początku podróży, a obawy zaczęły znikać, wraz z bólem kolana. Wcześniejszy opór zaczął maleć i jechałem z „wiatrem w plecy”. Montenegro dla rowerzysty jest wyjątkowym wyzwaniem, to trudny do eksploracji kraj. Dużo wzniesień i „szaleni kierowcy”. Wysiłek oraz trud jaki włożyliśmy w pokonanie kolejnych kilometrów spłacił się jednak z nawiązką. Podjazd z 29 serpentynami zapewnił nam bajeczny widok na miasto Kotor. Ogromne promy turystyczne w zatoce wyglądały niczym zabawki. Temperatury niemal codziennie sięgały powyżej 30 stopni Celsjusza, a nasze „spalanie” na 100 kilometrów wynosiło do nawet 8 litrów wody.

ALBANIA

Kraj okazał się pełen niespodzianek. Dzień przed przekroczeniem granicy zatrzymaliśmy się pod nieczynną restauracją, pod którą mieszkaniec Czarnogóry ostrzegał nas przed tym krajem. Powiedział żebyśmy spędzili noc tutaj bo tam o tej porze nas zabiją. Jak widać jego słowa nie spełniły się, jednak nie czuliśmy się bezpiecznie. Trudną sytuacją z jaką się spotkaliśmy w Albanii był moment, gdy pod jednym ze sklepów otoczyła nas grupka młodych mieszkańców szukających zaczepki. W czasie drogi przez kraj napotykaliśmy grupki żebraków. Ilość śmieci na ulicach i w lasach była przeogromna. W tym kraju pełnym mercedesów i bunkrów są jednak i pozytywy. Można się poczuć jak król, a ceny w restauracjach są wyjątkowo niskie. Niestety jakość potraw jest na równie niskim poziomie. Krajobrazy nie były już tak malownicze jak w uprzednio, jednak dużo zieleni, gór i jezior cieszyło oczy. Pomimo to, kraj zapamiętałem jako nad wyraz dziki, chociaż ludzie i tutaj byli bardzo gościnni i nadzwyczaj serdeczni. W miejscach obleganych turystycznie jest jednak inaczej, a nowi goście nie są równie atrakcyjni jak małpy w zoo. Na jednym z kempingów obsługiwał nas chłopiec w wieku około 11 lat, który płynnie mówił po angielsku i nadzwyczaj profesjonalnie nas obsłużył. Jednak gdy następnego dnia mieliśmy wyruszać dalej w stronę Hellady, jelita odmówiły posłuszeństwa. Dziewiętnasty dzień podróży zapamiętałem, jako jeden z najtrudniejszych. Tego dnia jechałem z ogromnym trudem, mimo to udało się pokonać zawrotne wówczas 79 kilometrów drogi przez mękę. Tego dnia przekroczyliśmy grecką granicę – nie dane mi się było jednak z tego cieszyć…

GRECJA

Dzięki zmianie diety i pomocy uzyskanej od greckiej pielęgniarki, dochodziłem jednak do równowagi. Warto pamiętać, że nasza narodowa flaga, która powiewała za rowerem, była w tej wyprawie jednym z najistotniejszych czynników. Gdyby nie ona, ominęłoby nas wiele wspaniałych możliwości. Będąc pod restauracją jeden z Greków dostrzegł, że jesteśmy z Polski i zaczął do nas mówić łamaną polszczyzną. Okazało się, że ma żonę Polkę, co załatwiło nam nocleg w jego mieszkaniu. Spędziliśmy fantastyczne chwile, otoczeni troskliwością i uprzejmością. Ciepły prysznic, pyszna kolacja, nocny wypad na miasto, miękkie łóżko – czego chcieć coś więcej? Dopiero taka eskapada powoduje, że doceniamy zwyczajność, gdy przychodzi spać kolejny dzień na macie bez powietrza, to zwykły materac jest królewskim łożem…

W 26. dniu podróży udało nam się osiągnąć nasz cel: ateński Akropol, miejsce gdzie czuć energię i minioną potęgę. Warto było jechać choćby dla tego uczucia. Widok na Ateny zapewnia poczucie wolności, szczególnie po wielu trudach przezwyciężonych siłą własnych mięśni. Polecam Grecję wszystkim. To miejsce, które odcisnęło się w moim sercu. Wspaniali ludzie i cudowne wspomnienia. Kolejne dni wyprawy to czas wakacji dla mnie i Maćka Po 28 dniach rowerowej przygody rozstaliśmy się obierając różne kierunki zwiedzania. Ja postanowiłem popłynąć na wyspę Andros, a Maciek na Keę. Do powrotu – tym razem samolotem – miałem jeszcze 4 dni, które przeznaczyłem wyłącznie dla siebie. Na wyspie zakwaterowałem się na kempingu i rozpocząłem dalsze zwiedzanie wraz z kolejną dawką fantastycznych widoków i wrażeń. W dniu, gdy wracałem z wycieczki na kemping zabrałem ze sobą karton rowerowy, z trudem zmieściłem go na bagażniku. Po drodze znalazłem zgubioną przez kogoś kartę płatniczą wraz z kartą lotniczą, które dostarczyłem na posterunek policji z nadzieją, że trafi do właściciela. Wyspa Andros tym miłym akcentem pożegnała mnie, a ja wyruszyłem ze swoimi kartonowymi skrzydłami w stronę lotniska w Atenach. Do pokonania miałem zaledwie 37 kilometrów, w tym dwa kilometry autostrady.

Na lotnisku spotkałem się z problemami wynikającymi z niewiedzy, na szczęście z pomocą przybyła sympatyczna kobieta i problemy się rozwiązały. Czekając na odlot spakowałem rower i sakwy. Noc spędziłem na ławce w poczekalni, a będąc już w samolocie i rozkoszując widokami i prędkością uświadomiłem sobie, jaką przepaść dzieli jazda rowerem od lotu. Nic dziwnego, że Ikar tak bardzo pożądał skrzydeł. Dwadzieścia sześć dni na dwóch kółkach i ogromna trasa, którą samolot pokonał w 2,5 godziny, w które dotarłem do Polski.

Zamysłem tego wyjazdu było przekroczenie własnych barier i ograniczeń, poznanie siebie i innych ludzi. Mogę w tym miejscu podziękować wszystkim, którzy mi w tym pomogli. Najtrudniejszym momentem było podjęcie decyzji o wyjeździe. Ale polecam – spełniajcie marzenia. Były w podróży ciężkie momenty, a nawet skryte łzy. W ostatecznym rozrachunku obawy okazały się iluzją. Ograniczenia są tylko w nas samych. Gdy je odrzucimy marzenia się spełniają. Szczególne podziękowania dla moich rodziców – w końcu bez nich, by mnie tu nie było. Dziękuję też bratu za wsparcie, a także moim bliskim znajomym, którzy życzliwie kibicowali w spełnianiu marzeń. Dziękuję Wam i pozdrawiam Arek Hudy.

TRASA

Day 1 – Katowice PL – Novy Rybnik CZ – 129km – nocleg u Czechów na podwórku.

Day 2 – Strażnice CZ 133kmv – nocleg camping.

Day 3 – Bad Deutsch-Altenburg AT – Dunaj – 110km – nocleg nad Dunajem „na dziko”.

Day 4 – Sopronhorpacs H – 100km – nocleg w Ośrodku Kultury – Polak – Węgier dwa bratanki.

Day 5 – Krusanec HR – 148km – nocleg na podwórku u chorwackiej rodziny.

Day 6 – Karlovac HR – 149km – nocleg na podwórku.

Day 7 – Jezerce HR – 88km – Zwiedzanie Plitvickich Jezior, nocleg pod apartamentem.

Day 8 – Raducic HR – 125km – nocleg w namiocie nieopodal baru.

Day 9 – Brodarica HR – 67km – zwiedzanie parku Krka – nocleg przed apartamentem.

Day 10 – Duce HR – 110km – nocleg na kempingu obok plaży.

Day 11 – Blato HR – nocleg pod chmurką nad Adriatykiem.

Day 12 – Orasac HR – 118km – nocleg na kempingu.

Day 13 – Kotor MNE – 98km – nocleg na plaży pod chmurką wraz z polskimi autostopowiczami

Day 14 – Rijeka Crnojevića MNE – 62km – nocleg na polanie.

Day 15 – Mali Ostros MNE – 55km – nocleg obok zamkniętej restauracji.

Day 16 – No Name AL – 108km – nocleg nad jeziorem.

Day 17 – Niedaleko Maqellare AL – 85km – nocleg przy restauracji.

Day 18 – Lin AL – 101km – nocleg na polu kempingowym.

Day 19 – Na granicy albańsko-greckiej po stronie GR – 79km – nocleg „na dziko”.

Day 20 – Kivotos GR – 76km – nocleg na budowie.

Day 21 – Mega Kefalovrysson GR – 106km- nocleg pod restauracją.

Day 22 – Aghios Vissarios GR – 86km – nocleg na podwórku greckiej pielęgniarki.

Day 23 – Komma GR – 78km – Nocleg na placu zabaw obok kapliczki.

Day 24 – Cheronia GR – 78km – nocleg na placu zabaw.

Day 25 – Oropos GR – 105km – nocleg u polsko-greckiej rodziny.

Day 26 – Nea Erithrea GR- 75km – nocleg na kempingu.

Day 27 – Ateny, Papaflessa GR – 37km nocleg w mieszkaniu.

Day 28 – Gavrio GR – 37km – przeprawa promem, nocleg na kempingu na wyspie Andros

Day 29 – Gavrio GR – 84km – jak wyżej.

Day 30 – Airport Ateny GR – 34km – „spanie” na lotnisku.

Day 31 – PANKI PL – 1800km – Yeahhhhhhh!!! – nocleg w najwygodniejszym łóżko świata 😉

Łączny przebieg rowerem Sabotage Cross 3.0: 2753km. Waga roweru około 17kg + waga wyposażenia około 23kg. V max: 62km/h. Odwiedzone Kraje: Polska, Czechy, Słowacja, Austria, Węgry, Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Albania, Macedonia i Grecja. Koszt podróży, zwiedzania i przelotu to około 2800 złotych, z czego bilet w jedną stronę 730,00zł.

J.B.

J.B.

redaktor naczelny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *