„Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”, czyli Deppa „jarającego bongo” historia

Chyba wszyscy zgodzą się z twierdzeniem, że książka i film to odmienne media. Różni je nie tylko sposób opowiadania historii, ale przede wszystkim czas, jaki poświęca im odbiorca. Mimo, iż podstawą obu jest tekst pisany (w filmie scenariusz), to antynomia formy determinuje diametralnie różny sposób i styl pisania. Problemy w konwersji boleśnie doświadczały i nadal doświadczają filmowców. Mimo, iż język filmu z czasem wypracował pewien sposób przetwarzania literatury do swoich potrzeb, to relacja odwrotnie proporcjonalna do tej – tj. kino-książka – nie zachodzi. Przykładem potwierdzającym tę tezę (obserwację) jest twórczość znanej pisarki – J.K. Rowling, która od pewnego czasu zajmuje się również tworzeniem scenariuszy filmowych. Jej najnowsze dzieło „Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”, które w Polsce zadebiutowało 16 listopada br., jest wystarczającym dowodem na to, że nie wystarczy umieć pisać książki, żeby tworzyć dobre scenariusze.

Produkcja jest bezpośrednią kontynuacją filmu „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” – prequela (utworu literackiego lub filmowego opowiadającego wydarzenia wcześniejsze niż opisane w oryginalne) znanej i lubianej franczyzy, jaką jest książkowy i filmowy cykl Harry’ego Pottera. Jednak gdy w pierwowzorze za ekranizację brali się zawodowcy, to za scenariusze, które opowiadają o Newtcie Scamanderze i jego przyjaciółach, odpowiada wspomniana we wstępie Rowling. I niestety widać, że pisarka na siłę wpisuje kino w literackie ramy, czego efektem są: dłużyzny, utrata tępa narracji i nadmierne ekspozycje. Pierwsza część „Fantastycznych zwierząt” była chaotyczna i niezbyt dobrze zbalansowana, jednak humor i charakterystyczny dla Rowling klimat powodowały, że nadal była to bardzo przyjemna produkcja, w której pozytywne odczucia widza potęgowane były potterową nostalgią. W dwójce większość elementów, za które widzowie pokochali część pierwszą, została usunięta.

Nie rozumiem również w jaki sposób tytuł filmu koresponduje z przedstawioną w nim historią. Fantastycznych zwierząt jest w nim jak na lekarstwo, a jedyną zbrodnią Grindelwalda jest to, że przez większość filmu „jara bongo”. Zamiast fascynujących wątków, które twórcy obiecują widzom w nazwie produkcji, dostajemy koszmarnie napisane przemyślenia głównych bohaterów dot. sensu życia. Jeśli lubiliście bohaterów z pierwszej części, to również i oni są tutaj nieobecni przez większość seansu. Wątek Jacoba Kowalskiego i Queenie Goldstein jest ordynarnie zmarginalizowany, a Tina Goldstein dostaje jeszcze mniej „antenowego” czasu. Jedyną dostatecznie wyeksponowaną postacią w filmie jest Newt Scamander, grany przez znakomitego Eddiego Redmayne’a.

Na domiar złego „Fantastyczne zwierzęta 2” ignorują nowych odbiorców, którzy nie obejrzeli wcześniej ośmiu filmów o Potterze, części pierwszej z magicznymi stworami, nie przeczytali całego dorobku Rowling i nie spędzają całych dni na warzeniu eliksiru wielosokowego. Mimo tego, że znam to uniwersum całkiem dobrze, to przez większość filmu miałem duży problem ze zrozumieniem tej bałaganiarskiej i niespójnej opowieści.

Znacznie lepiej wygląda sytuacja, jeśli spojrzymy na nią z perspektywy aspektów audio-wizualnych. Znakomite zdjęcia Philippea Rousselota pozwalają choć na chwilę zachwycić się tym gniotem. Oparte na barwach dopełniających się (żółcienie i odcienie niebieskiego) kadry, mimo swego rodzaju prostoty i zaimplementowania weń dużej ilości komputerowych efektów specjalnych, paradoksalnie nieraz potrafią zaskoczyć swoją złożonością. Równie dobrze prezentują się: montaż Marka Daya oraz projekt scenografii autorstwa Stuarta Craiga. Warto przecierpieć seans dla chociażby kilku scen, ukazujących Paryż opatulony przez żałobne wstęgi. Jedyne co w warstwie technicznej odstaje to nijaka ściezka dźwiękowa skomponowana przez Jamesa Newtona Howarda, będąca jedynie popłuczynami po znakomitym soundtracku maestro Johna Williamsa, który towarzyszył pierwszym częściom przygód Harrego Pottera.

Kwestia aktorstwa, zaraz po tragicznym scenariuszu Rowling, jest najbardziej dyskusyjnym elementem filmu. Aktorzy, którzy sprawdzili się już w części poprzedniej, również tutaj wypadają całkiem nieźle. Dużo gorzej radzą sobie niektórzy debiutanci. Jestem szczególnie rozczarowany rolą Johnnyego Deppa, który z każdym kolejnym filmem stacza się coraz bardziej, kupcząc renomą, jaką kiedyś posiadał. Depp od dłuższego czasu gra pijanego siebie, który nie bardzo wie, co się wokół niego dzieje. No ale tym razem dodatkowo „jara bongo”, ale to trzeba już zobaczyć na własne oczy. Jest to tym bardziej dojmujące przez to, że w części pierwszej Grindelwalda grał Colin Farrell, któremu wychodziło to doskonale. Nie najlepiej radzą sobie również: piękna Zoë Kravitz, Callum Turner czy chociażby Claudia Kim. Jedyną perłą tej produkcji, dla której zdecydowanie warto zobaczyć fragmenty tego wątpliwej jakości dzieła, jest Jude Law, który wykreował ciekawą i niejednoznaczną postać Albusa Dumbledore’a. Potężny czarodziej to najjaśniejszy aspekt tego filmowego koszmarku. Szkoda, że to nie wokół niego skupiają się potterowe prequele.

„Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda” to jednoznaczna obraza dla wszystkich odbiorców, a przede wszystkim miłośników przygód Harrego Pottera. Jest to film, który bezpruderyjnie odziera to uniwersum z magii i udowadnia, że w nowej serii nie ma zbyt wiele potencjału. Grafomania Rowling przeraża, a sklecony przez nią scenariusz zanudzi najwytrwalszego fana. Przykro to stwierdzić, ale nawet znakomity Jude Law nie wystarczy, bym komukolwiek mógł ten film polecić. Proszę, nie torturujcie swoich dzieci!

Bartosz Dominik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/PAUZA-BISTRO.jpg
http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/Starczewski-Okładka.jpg http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/Patrycja-Miara.jpg http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/OKŁADKA-Orchidea-reklama.jpg