Creed II

„Powiem ci coś, co sam dobrze wiesz. Świat to nie samo słoneczko i tęcze. To podłe i okrutne miejsce i nieważne, jaki z ciebie twardziel, powali cię na kolana i tak przytrzyma, jeśli na to pozwolisz. Ty, ja ani nikt inny nie bije tak mocno, jak życie. Ale nie chodzi o to, jak mocno bijesz. Chodzi o to, jak mocno możesz oberwać i ciągle przeć do przodu. Ile możesz znieść i ciągle przeć do przodu. Tak się zwycięża!”. Kiedy w 1976 Sylvester Stallone zrealizował melodramat sportowy „Rocky” – film ze scenariuszem jego autorstwa, w mgnieniu oka stał się jedną z największych gwiazd Hollywood. Ta w gruncie rzeczy prosta historia, opowiadająca o losach człowieka, który niestrudzenie dąży do osiągnięcia swojego celu, zdobyła nie tylko serca widowni na całym świecie, ale również krytyków. Produkcja w reżyserii Johna G. Avildsen została nominowana do Oscara w dziesięciu kategoriach, zdobywając ostatecznie trzy statuetki (najlepszy film, najlepsza reżyseria oraz montaż).

Kwestią czasu była więc decyzja o realizacji filmowej kontynuacji. Niestety, jak to często bywa w „Fabryce snów”, każdy kolejny sequel prezentował coraz niższy poziom, a świeżość i doskonałość oryginału ulegała powolnemu zatraceniu i zatarciu. Kiedy wydawało się, że cała seria nie ma już żadnego potencjału, a w markę przestał wierzyć nawet sam Stallone, reżyser Ryan Coogler postanowił podjąć się próby swoistego zrestartowania i odświeżenia uniwersum. Jak się później okazało „Creed: Narodziny legendy” z 2015 roku nie tylko „odkurzył” starą formułę, ale stanowił nową jakość dla całego gatunku. Czy kontynuacja – „Creed II”, mająca swoją polską premierę 23 listopada 2018 roku kontynuuje tę tendencję?

Historia jest bezpośrednią kontynuacją wątków z części pierwszej i koncentruje się na Adonisie Johnsonie Creedzie – nowym mistrzu wagi półciężkiej. Kiedy wszystko zdaje się przerastać najśmielsze marzenia i oczekiwania – przed protagonistą i trenującym go Rocky’m staje nowe, znacznie trudniejsze wyzwanie – starcie z Viktorem, który jest synem legendarnego Ivana Drago – rosyjskiego boksera, który przed laty zabił na ringu ojca Creeda – Apollo. Podobnie jak w oryginalnym „Rockym” z 1976, fabuła w filmie Stevena Caple’a Jr. nie jest nazbyt rozbudowana. Całość ma dość spójną, angażująca i prostą narracyjnie strukturę, która pomimo to wywołuje u widza sporo emocji.

Głównym powodem takiego stanu rzeczy są bohaterowie, z którymi sympatyzujemy od samego początku. W swoich rolach doskonale odnajduje się aktorski duet w postaciach Michaela B. Jordana (Creed) oraz Sylvestra Stallone’a (Rocky Balboa). To na ich relacji, podobnie jak w części pierwszej, zdecydowano oprzeć się główną oś fabularną. Danielle Steel w swojej książce „Siostry” pisała: „nie naprawiaj czegoś, co nie jest zepsute”. Najwidoczniej twórcom „Creeda II” przyświecała ta sama maksyma i nie zmieniali czegoś, co działa wręcz fenomenalnie – a taka właśnie jest więź miedzy tą dwójką. Bardzo dobrze wypadają również: brawurowa Tessa Thompson („Thor: Ragnarok”, „Anihilacja”), Phylicia Rashad, czy chociażby Russell Hornsby.

Jednak ludźmi, którzy absolutnie „skradli całe show” są: Dolph Lundgren i Florian Munteanu wcielający się odpowiednio: w Ivana oraz Viktor Drago. Chylę czoła przed twórcami, że w dobie konsekwentnego upraszczania charakterologicznego postaci negatywnych, w sequelu „Creeda” udało się im stworzyć tak niejednoznacznych i ciekawych antagonistów. Motywacje i postępowanie tych postaci, nie tylko są zrozumiałe i w pełni akcptowalne przez widza, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że kibicuję tym antybohaterom w równym stopniu co Creed’owi i Rocky’emu. Taka sytuacja prowadzi do bardzo interesującego paradoksu, w wyniku którego zakończenie w każdej możliwej konfiguracji będzie finałem o „słodko-gorzkim” wydźwięku – a to jest olbrzymi sukces scenarzystów (Sylvester Stallone i Juel Taylor).

To, co stanowi „wisienkę na torcie” tego niezwykle satysfakcjonującego seansu, jest warstwa audio-wizualna. Oparte o barwy dopełniające się (odcienie niebieskiego i żółcienie) zdjęcia Kramera Morgenthau, podobnie jak fabuła, pokazują piękno i niezwykłość prostoty. Reżyser zdjęć organicznymi i mało inwazyjnymi zabiegami niuansuje tę opowieść – dodając jej klasy, wdzięku i kunsztu. Znakomita, oparta w dużej mierze na raperskich utworach, ścieżka dźwiękowa autorstwa Ludwiga Göranssona dopełnia dzieła, okrywając dzieło Stevena Caple’a Jr. swoistym nimbem i polorem.

Podsumowując, „Creed II” w reżyserii Stevena Caple’a Jr. to film zdecydowanie wart uwagi każdego miłośnika kina i jedna z najlepszych produkcji tego roku. W tym filmie zagrało praktycznie wszystko. Jednak wśród znakomicie zrealizowanych aspektów audio-wizualnych, warstwy fabularnej kryje się jeszcze coś nieuchwytnego, co stanowi o sile, tego obrazu. Wydaje mi się, że jest to właśnie miłość twórców do materiału źródłowego i kina „samego w sobie”. Cieszy mnie to, że nadal powstają takie dzieła i życzę sobie, i Wam – czytelnikom, żebyśmy coraz częściej byli świadkami takich, swoistych „cudów kinematografii”.

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *