Halloween

Kiedy w 1978 roku na ekranach kin zadebiutowało „Halloween” Johna Carpentera – film nakręcony za zaledwie 300 tysięcy dolarów – mało kto mógł przypuszczać, że owa produkcja wkrótce zrewolucjonizuje gatunek horrorów. Dzieło to, nie tylko stanowiło powiew świeżości, ale przede wszystkim dało podwaliny nowemu subgatunkowi filmowemu – slasherowi. Bez Michaela Myersa nie byłoby dziś postaci tak kultowych, jak: Freddy Krueger, Jason Voorhees, Pinhead czy nieco zapomniany obecnie Candyman. Niestety, z każdą kolejną odsłoną tych popularnych serii, nimb wspomnianych antagonistów stawał się coraz bledszy – ostatecznie gasnąc. Stosunkowo niedawno, w Hollywood pojawił się trend na przywrócenie dawnej chwały tym postaciom i tworzenie remake’ów, które w większości przypadków, były wierne materiałowi źródłowemu. Próby wskrzeszenia franczyz spotykały się z mieszanym odbiorem. Ostatnią próbą przywrócenia do życia serii dawno pogrzebanej, było „Halloween” w reżyserii Davida Gordona Greena, które zadebiutowało na ekranach polskich kin 26 października 2018 roku. Czy kontynuacja marki, której pozostałe slashery zawdzięczają istnienie, spełniła oczekiwania?

Produkcja Greena jest kontynuacją pierwowzoru Carpentera, która w zasadzie ignoruje pozostałe sequele. Po czterdziestu latach od masakry, z której Laurie Strode ledwo uszła z życiem, Myers ucieka z więzienia i ponownie rozpoczyna swoje krwawe żniwo. Bohaterka kolejny raz musi zmierzyć się ze swoim prześladowcą i ocalić swoją rodzinę przed niebezpieczeństwem.

Mimo, iż „Halloween” zdefiniował pojęcie slashera, to obecnie film ten znacznie odbiega od naszego wyobrażenia o tym subgatunku. Produkcja Carpentera to dzieło zdecydowanie bardziej intymne i kameralne, w którym nie uświadczymy brutalnych i wymyślnych morderstw. Jest to obraz, którego główna siła drzemie w klimacie i odpowiednim zbalansowaniu całej opowieści. Przed scenarzystami stało olbrzymie wyzwanie, by remake spodobał się zarówno miłośnikom oryginału oraz fanom współczesnych slasherów, nie będąc przy tym bałaganiarską pulpą sprzecznych pomysłów i rozwiązań. Przed premierą wyzwanie to wydawało się być nierealne, dzięki czemu efekt finalny robi tym większe wrażenie.

W „Halloween” Davida Gordona Greena zagrało praktycznie wszystko – produkcja bez wątpienia zrównała się z pierwowzorem Carpentera, a niektórych elementach przerastając klasyka. Szczególnie dobrze wypada postać Laurie Strode, która została wykreowana przez znakomitą Jamie Lee Curtis. Heroina, nie tylko wypada wiarygodnie, ale, co dość rzadkie w filmach tego typu, nie jest to jedynie bezduszny manekin, a bohaterka z krwi i kości. Przez pierwszy akt opowieści obserwujemy, jak duże spustoszenie w życiu protagonistki spowodowała tragedia sprzed 40 lat. Trauma Strode oraz jej chęć unicestwienia Myersa doprowadziła do rozpadu jej rodziny oraz do tego, że znalazła się de facto poza nawiasem społecznym. Laurie jest nieufna i jedyna, tak naprawdę, zdaje sobie sprawę z tego, jak duże zagrożenie stanowi Michael.

Twórcy nie odarli postaci antagonisty z niezbędnej dla jej lore, tajemnicy, co miało miejsce przy innych próbach wskrzeszania zakurzonych serii grozy. Dzięki tej, decyzji Michael Myers przeraża jeszcze bardziej – jest to wyzuty z uczuć i emocji morderca, którego jedynym pragnieniem jest żądza mordu. Nie rozumiemy jego motywów działania, nie słyszymy jego głosu, nie widzimy oczu – jest dla nas zagadką, a niewiedza budzi w nas lęk.

Grozę potęgują niezwykle sugestywne zdjęcia autorstwa Michaela Simmondsa. Oparty na kolorach dopełniających się naturalistyczny obraz, w odpowiednich momentach staje się zaskakująco intymny i kameralny. Dobre wrażenie wzmacnia również ścieżka dźwiękowa Johna Carpentera, będąca w rzeczywistości remasterem i iteracją oryginalnego soundtracku.

Podsumowując, „Halloween” w reżyserii Davida Gordona Greena to pozycja obowiązkowa dla każdego fana horroru, a w szczególności slasherów. Twórcom udała się trudna sztuka zbalansowania opowieści, która spodoba się zarówno fanom oryginału, jak również miłośnikom współczesnych filmów gore. Film, mimo faktu, że nadal mieści się w ramach kina rozrywkowego, zaskakująco głęboko penetruje zdeptaną psychikę bohaterów, którzy muszą rozprawić się z demonami, a właściwie demonem przeszłości. Autor oryginału – John Carpenter w jednym z wywiadów mówił: „kocham kino. Wokół niego kręci się całe moje życie. Filmowe produkcje podążają z duchem czasu i stanowią odzwierciedlenie społeczeństw, w których żyjemy. Przykładowo współczesna Ameryka mocno opiera się na elektronice, więc wszystko w tym kraju nabiera niesamowitego tempa. Z drugiej strony kino stoi w miejscu, w tym sensie, że większość filmów jest wciąż taka sama. To znaczy: tak samo zła. Oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły i dlatego nie tracę nadziei”. Cóż za miły zbieg okoliczności, że sequel jego dzieła jest faktycznym potwierdzeniem tych słów.

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/PAUZA-BISTRO.jpg
http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/Starczewski-Okładka.jpg http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/Patrycja-Miara.jpg http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/OKŁADKA-Orchidea-reklama.jpg