TOP 15 FILMÓW 2018

Rok 2018 niewątpliwie był rokiem szczególnym. Najlepszym dowodem na poparcie tej tezy, jest niniejsze zestawienie. Pierwszy raz nie udało mi się zamknąć rankingu w dziesięciu pozycjach – co więcej wyselekcjonowanych kandydatów, mogących z powodzeniem zmagać się o miano najlepszego filmu, było ponad dwadzieścia. W tym roku obejrzałem ponad siedemdziesiąt produkcji – większość zrecenzowałem na łamach Tygodnika klobucka.pl oraz na autorskim blogu Krzyk Wilhelma. Postanowiłem więc raz jeszcze przybliżyć 15 dzieł, które zachwyciły mnie w kończącym się – 2018 roku. Warto zaznaczyć, że w zestawieniu brałem pod uwagę filmy, które miały swoją premierę w Polsce. Do zestawienia nie weszły obrazy: „Spider-man Uniwersum”, „Aquaman”, „Źle się dzieje w El Royale” czy „Suspiria”, których nie udało mi się zobaczyć.

15. Avengers: Wojna bez granic

„Avengers:Wojna bez granic” to bez wątpienia największe widowisko superbohaterskie w historii kina i choćby dlatego znalazło się na tej liście. Jest to film ogromy, który swoimi gargantuicznymi rozmowami przytłoczy niejednego widza. Jej rozmiary powodują, że dzieło Braci Russo nie radzi sobie zbyt dobrze jako film, w oderwaniu od reszty produkcji Marvel Cinematic Universe. Jednak z drugiej strony, spełnia wszystkie oczekiwania, jakie w nim pokładano. Jest to prawdziwa gratka dla miłośników subgatunku. Ja również, mimo sporych obaw, bawiłem się podczas seansu znakomicie. Polecam wszystkim, którzy oglądali wcześniejsze produkcje o Iron Manie i spółce. 

14. Mission: Impossible – Fallout

„Mission: Impossible – Fallout” to kino akcji najwyższej próby i jeden z najlepszych przedstawicieli tego gatunku ostatnich lat. Znakomity scenariusz, aktorstwo i warstwa audio-wizualna wystarczyły, by prtodukja ta znalazła się w tym zestawieniu. „Fallout” robi jednak coś znacznie ważniejszego. Jest to bowiem obraz, który jest najpełniejszą odpowiedzią na tęsknotę fanów oryginalnych, wypełnionych po brzegi absurdalnymi gadżetami części przygód agenta 007.

Poziom realizmu najnowszego „Mission: Impossible” powoduje, że seans zachwyca niemal przy każdej scenie. Dodatkowo warto zaznaczyć, że mimo dużej złożoności poszczególnych ujęć, operator obrazu Rob Hardy zdecydował się jednak kręcić w niskiej głębi ostrości, co powoduje, że w pewnych momentach produkcja wygląda wręcz iluzorycznie i nieprawdopodobnie. Równie dobrze wypada ścieżka dźwiękowa, którą skomponował Lorne Balfe.

13. Pitbull: Ostatni pies

Rzadko się zdarza, by kontynuacja była lepsza od pierwowzoru. Najnowszemu filmowi Władysława Pasikowskiego się to udaje. „Pitbull: Ostatni pies” to produkcja zdecydowanie godna polecenia. Reżyser przetworzył pierwotny koncept Patryka Vegi, tworząc na jego bazie jeden z najlepszych polskich filmów sensacyjnych ostatnich lat. W najnowszym „Pitbullu” czuć pasję i miłość Pasikowskiego do kina sensacyjnego. Historia jest wciągająca i w odpowiednich momentach porusza widza. Pozornie prosta fabuła początkowo usypia czujność oglądających, by zaskoczyć ich w ostatnim akcie niespodziewanym zwrotem akcji i ponurą konkluzją całości. To nie jest kolejny „Pitbull”, a  ostatnie Psy Wojtka Pasikowskiego!

12. Wyspa psów

Dwunasta pozycja przypada w udziale najnowszej produkcji Wesa Andersona. „Wyspa psów” to film wyjątkowy i, bez wątpienia, szczytowe osiągnięcie animacji poklatkowej. Jest to Andersona hołd dla historii filmowej animacji. „Wyspa psów” zachwyca wizualnie. Doskonała ścieżka dźwiękowa Alexandre’a Desplata dopełnia tę surrealistyczną wizję oraz znakomicie uzupełnia niezwykle udane zdjęcia Tristana Olivera.

11. Creed II

„Creed II” w reżyserii Stevena Caple’a Jr. to film zdecydowanie wart uwagi każdego miłośnika kina i jedna z najlepszych produkcji tego roku. W tej produkcji zagrało praktycznie wszystko. Jednak wśród znakomicie zrealizowanych aspektów audio-wizualnych, warstwy fabularnej kryje się jeszcze coś nieuchwytnego, co stanowi o sile tego obrazu. Wydaje mi się, że jest to właśnie miłość twórców do materiału źródłowego i kina „samego w sobie”. 

Chylę czoła przed twórcami, że w dobie konsekwentnego upraszczania charakterologicznego postaci negatywnych, w sequelu „Creeda” udało się im stworzyć niejednoznacznych i ciekawych antagonistów. Tym, co stanowi „wisienkę na torcie” tego niezwykle satysfakcjonującego seansu, jest warstwa audio-wizualna. Zdjęcia Kramera Morgenthau, podobnie jak fabuła, pokazują piękno prostoty. Reżyser zdjęć organicznymi i nieinwazyjnymi zabiegami niuansuje tę opowieść – dodając jej klasy, wdzięku i kunsztu. Znakomita, oparta w dużej mierze na raperskich utworach, ścieżka dźwiękowa autorstwa Ludwiga Göranssona dopełnia dzieła, okrywając dzieło Stevena Caple’a Jr. swoistym nimbem i polorem.

10. Halloween

Produkcja Davida Gordona Greena jest kontynuacją pierwowzoru Johna Carpentera, która w zasadzie ignoruje pozostałe sequele. Po czterdziestu latach od masakry, z której Laurie Strode ledwo uszła z życiem, Myers ucieka z więzienia i ponownie rozpoczyna swoje krwawe żniwo. Reboot „Halloween” w reżyserii Davida Gordona Greena to nieoczekiwanie jeden z najbardziej interesujących filmów tego roku. Dzieło, mimo faktu, że nadal mieści się w ramach kina rozrywkowego, zaskakująco głęboko penetruje zdeptaną psychikę bohaterów, którzy muszą rozprawić się z demonami, a właściwie demonem przeszłości. Autor oryginału – John Carpenter w jednym z wywiadów mówił: „kocham kino. Wokół niego kręci się całe moje życie. Filmowe produkcje podążają z duchem czasu i stanowią odzwierciedlenie społeczeństw, w których żyjemy. Przykładowo współczesna Ameryka mocno opiera się na elektronice, więc wszystko w tym kraju nabiera niesamowitego tempa. Z drugiej strony kino stoi w miejscu, w tym sensie, że większość filmów jest wciąż taka sama. To znaczy: tak samo zła. Oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły i dlatego nie tracę nadziei”. Cóż za miły zbieg okoliczności, że sequel jego dzieła jest faktycznym potwierdzeniem tych słów i podtrzymuje w tę nadzieję w niejednym z nas.

9. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri
polska premiera: 2 lutego 2018

Bo „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” faktycznie są widowiskiem niezwykłym i na swój sposób surrealistycznym doświadczeniem. Jest to również próba satyry na otaczający nas świat z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ten specyficzny klimat udało się uzyskać przede wszystkim dzięki brawurowym kreacjom aktorskim. I tak: doskonała Frances McDormand, Sam Rockwell czy znakomity Woody Harrelson to postaci z krwi i kości, którym możemy kibicować czy które możemy polubić. Jednak mimo tej autentyczności, w wykreowanych bohaterach jest coś niepokojącego – ziarno szaleństwa, które z każdą minutą narasta, by przebudzić się w ostatnim akcie opowieści.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to dość niejednoznaczny film. Z jednej strony spełnia wszystkie pokładane w nim nadzieje, a elementy składowe należycie spełniają swoją funkcję. Znakomite technikalia i gra aktorska, czy nawet brawurowo napisany scenariusz, ukrywają jednak jeden aspekt, który jest dla mnie trudny do przyjęcia. Chodzi o swego rodzaju dysonans poznawczy. Jestem zwolennikiem postmodernistycznych zabiegów, mających na celu uatrakcyjnienie starych i sprawdzonych schematów oraz leciwych konstrukcji narracyjnych. Jednak tutaj, w kilku przypadkach, nie wiedziałem, jak mam zareagować na pewne sytuacje dziejące się na ekranie. Po czasie myślę, że może nie jest to wada produkcji, a jej największa zaleta?

8. Pierwszy człowiek

Najnowszy film Damiena Chazelle’a („La La Land”) opowiada historię Neila Armstronga i przez pryzmat jego osoby ukazuje kulisy zimnej wojny i wynikającego z niej galopującego rozwoju technologicznego. Nie sądziłem, że opowieść o podboju kosmosu i rywalizacji z sowietami może być tak poruszającym filmem. „Pierwszemu człowiekowi” fabularnie blisko jest do arcydzieła Stanleya Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna”. Również tutaj autorzy zadają widzowi pytania o rolę człowieka we wszechświecie, o to jak bardzo zmieni się jego perspektywa w momencie rozpoczęcia kosmicznej ekspansji. Jest to tegoroczny murowany kandydat Oscarowy.

Eskploracja przestrzeni kosmicznej napędzana jest dążeniem człowieka do ciągłego poszerzania wiedzy. W złożony, ale poetycki sposób zostało to zilustrowane przez Stanleya Kubricka w filmie ‚2001: Odyseja kosmiczna’. Film prezentuje dwa przeciwstawne cele eksploracji kosmosu. Pierwszy to poszukiwanie wzniosłości wyrażone potrzebą doświadczenia czegoś innego od nas, czegoś transcendentnego, co pozwoli nam się oswobodzić z ziemskich ograniczeń. Drugie to pożądanie piękna i tęsknota za spotkaniem inteligencji podobnej do nas, by zamiast czuć się osamotnionym w pustce przestrzeni, poczuć się jak w domu” (Grzegorz Tyc, (RE) Searching Forms of the Future. Futurism and Contemporary Architecture).

7. Narodziny gwiazdy

„Narodziny gwiazdy” to miła niespodzianka, jaka przytrafiła się nam – miłośnikom kina pod koniec roku. Znakomita muzyka, zdjęcia, montaż czy angażujący bohaterowie świadczą o klasie tej produkcji. Lady Gaga, bez wątpienia, jest najjaśniejszym elementem produkcji. Duet Coopera i piosenkarki działa. Bez trudu wierzymy w to co dzieje się na ekranie, a mimo zetknięcia dwóch postaci o tak wyrazistym temperamencie, twórcom udaje się odpowiednio zbalansować całość.

6. Fatum Elizabeth

Chyba najbardziej zaskakujący film w reżyserii Sebastiana Gutierreza trafia na szóste miejsce tego zestawienia. Na pierwszy rzut oka „Fatum Elizabeth” ma strukturę klasycznego horroru. Reżyser bardzo sprawnie nawiązuje do najsłynniejszych dzieł tego gatunku. Ten sprytny zabieg ma na celu uśpienie uwagi widza, ponieważ dość przewidywalny pierwszy akt stanowi jedynie preludium do tego, co w „Fatum Elizabeth” najbardziej wyjątkowe.

Jest to film, który zrywa z utartymi schematami, a to może nie podobać się niektórym widzom. W filmie Marka Piwowskiego „Rejs” pada zdanie, które może tłumaczyć relatywnie niskie recenzje, jakie otrzymała ta produkcja  „Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”. Osobom o otwartym umyśle i tym, którzy nie boją się nowych doświadczeń zdecydowanie polecam. Jest to film, który oferuje zaskakująco dużo, mimo, iż na pierwszy rzut oka jest kolejnym sztampowym horrorem.

5. Człowiek, który zabił Don Kichota

„Człowiek, który zabił Don Kichota” jest luźną adaptacją powieści Miguela de Cervantesa. Właściwie jest to raczej zbiór motywów kojarzonych z błędnym rycerzem, które reżyser – Terry Gilliam sprytnie wplata w mozolnie skonstruowaną przez siebie narrację. Tropy te pełnią więc bardziej rolę służebną, niż stanowią fabularny fundament produkcji. Ta na pozór kontrowersyjna decyzja – jest jedną z największych zalet filmu. Bowiem dzięki niej, widz jest nieustannie zaskakiwany kolejnymi, coraz to bardziej absurdalnymi zwrotami akcji.

Film Gilliama to poruszająca opowieść o ludziach, którzy zatracili sens swojego życia i niejednokrotnie wolą uciec do wyimaginowanego świata – swoistej baśni, która jest prostsza do zaakceptowania niż ponura rzeczywistość. A może się mylę i faktycznie „Don Kichot nie może umrzeć”? Tak czy inaczej – zdecydowanie warto dać tej produkcji szansę i samemu wyrobić sobie zdanie na jej temat.

4. Dziedzictwo. Hereditary

Najmocniejszą stroną „Dziedzictwa” jest gęsty klimat, dzięki któremu stosowanie jump scare’ów staje się całkowicie niepotrzebne. Jest to film niepokojący i trzymający widza w nieustannym napięciu. Pierwszy akt ukazuje relacje, jakie panują w rodzinie. Niedopowiedzenia i nierozwiązane konflikty powodują, że praktycznie do końca opowieści nie wiemy, czy mamy do czynienia ze zjawiskami paranormalnymi, czy są to jedynie wytwory udręczonych cierpieniem umysłów bohaterów. Dopiero trzeci akt definitywnie podkreśla, że „Dziedzictwo” jest horrorem, który swoją strukturą bardzo mocno przypomina nie tylko „Egzorcystę” Williama Friedkina, ale również „Smętarz dla zwierzaków” Mary Lambert oraz „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego

„Dziedzictwo. Hereditary” Ari Astera jest jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat i pozycją obowiązkową dla każdego miłośnika tego gatunku. Twórcy zdecydowali się opowiedzieć widzom niebanalną opowieść, która poraża swoim klimatem.

3. Kształt wody
polska premiera: 16 lutego 2018

I wreszcie dotarliśmy do podium. Miejsce trzecie otrzymuje najnowszy film  Guillermo del Toro. Film opowiada historię Elisy Esposito – niemej woźnej, która pracuje w tajnym rządowym laboratorium. Jej życie ulega nagłej zmianie, gdy odkrywa pilnie strzeżony sekret i zakochuje się… w potworze z bagien. Produkcja zdeklasowała ostatnią ceremonię Amerykańskiej Akademii Filmowej otrzymując trzynaście nominacji do Oscara. Ostatecznie dzieło Del Toro otrzymało statuetkę w czterech kategoriach, w tym za najlepszy film i dla najlepszego reżysera.

Tym co odróżniało „Shape od Water” na tle oscarowej konkurencji, którą bez wątpienia zdeklasowało, to historia i kreacja świata przedstawionego. Scenarzystom udało się poruszyć widza tą, z pozoru, absurdalną i kiczowatą opowieścią. Osiągnęli to, co rok temu bezskutecznie próbował zdziałać w swoim nadętym i pretensjonalnym „La La Land”, Damien Chazelle. W pewnym momencie „Kształtu wody” wydawało mi się, że del Toro wręcz bezceremonialnie szydzi z „potworka” Chazelle’a – pokazując jak powinno kręcić się filmy, które wzorcowo nawiązują do klasycznych musicali. Nie było w tym, żadnej sztuczności i pretensji, , a raczej szczerość i miłość do medium, jakim jest kino.

2. Gentleman z Rewolwerem

O drugim miejscu tegorocznej „topki” krótko, bo obszerna recenzja tej produkcji ukazała się stosunkowo niedawno. Najnowszy film Davida Lowery’ego – „Gentleman z rewolwerem” to film kompletny i jedno z największych dzieł tego roku. Warto zobaczyć ten obraz, nie tylko dla aktora legendy – znakomitego Roberta Redforda, ale również dla pozostałych, świetnie zrealizowanych elementów, których sumą jest ta niezwykle sentymentalna i poruszająca opowieść.

  1. Zimna wojna

Nie jest wielkim zaskoczeniem, że zwycięzcą tego zestawienia zostaje film niezwykły. Najnowsza produkcja Pawła Pawlikowskiego poraża swoją wieloaspektową doskonałością za każdym razem, kiedy obcuje się się z tym dziełem.

Jedną z głównych wartości produkcji jest warstwa audiowizualna. Na kolana rzucają, przede wszystkim, nieprzyzwoicie dobre zdjęcia Łukasza Żala. Operator udoskonalił ujęcia będące znakiem rozpoznawczym „Idy” i w „Zimnej wojnie” zaprezentował ich doskonalszą formę. Jednak najsilniejszym elementem produkcji jest scenariusz, który zawodził w „Idzie”. Tutaj cała historia stoi na pierwszym miejscu i powoduje, że zależy nam na postaciach i ich losie. A przede wszystkim nie pozwala się zdominować przez niezwykłą warstwę audio-wizualną. Reżyser panuje nad całością sprawnie manewrując pomiędzy formą, a treścią. Nic dziwnego, że Paweł Pawlikowski za swoje najnowsze dzieło został nagrodzony Złotą Palmą na festiwalu w Cannes. Aktorzy zostali zankomicie dobrani do postaci, w które się wcielają. Szczególnie dobrze wypada duet – Joanna Kulig i Tomasz Kot. Między aktorami wyczuwalna jest niezbędna w tej opowieści chemii. Biorąc te wszystkie składowe do „kupy”, pierwsze miejsce nie powinno dziwić nikogo.

J.B.

J.B.

redaktor naczelny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *