Pięć najgorszych filmów 2018



Mimo, iż rok 2018 był niezwykle udany dla międzynarodowej kinematografii, to podobnie jak w latach ubiegłych, na ekranach kin zadebiutowało kilka produkcji, które nie zachwycały jakością wykonania lub, po prostu, nie spełniły pokładanych w nich nadziei. W myśl zasady, że „najgorszymi filmami nie są te najgorsze, a te najbardziej rozczarowujące”, przedstawiam moją listę pięciu produkcji, które zawiodły mnie w ubiegłym roku najbardziej.

5. Kobiety mafii

Patryk Vega z roku na rok, produkuje filmy, które coraz mniej drażnią, nieprzyzwyczajonego do tak niskiego poziomu artystycznego, widza. Po koszmarnym „Botoksie”, którego nie udało mi się obejrzeć do końca, nie miałem zbyt wielkich oczekiwań wobec „Kobiet mafii”. Tym większym zaskoczeniem, był dla mnie fakt, że to da się oglądać. Wizualia „Kobiet mafii” zrealizowane są poprawnie, co więcej, produkcja ta wypełnia pewną niszę i zapotrzebowanie polskiego odbiorcy na rodzime kino klasy B. Aktorsko chyba również jest nieznacznie lepiej.

Niestety, mimo to, że poprawa jest widoczna, w dalszym stopniu nie czyni z tego koszmarka dobrego filmu.Oprócz zaskakująco dobrego wątku Agnieszki Dygant, film nie ma nic więcej do zaoferowania, składając się z nużących i przeciągniętych w czasie opowieści. Jako kino eksploatacji „Kobiety mafii” ogląda się całkiem dobrze, jednak trudno traktować tę produkcję jako w pełni udane widowisko.

4. Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda

Nad filmowym uniwersum Harrego Pottera od lat zbierają się „czarne chmury”. Z każdą kolejną produkcją, ta niegdyś popularna i kochana przez wielu marka, traci swój dawny blask i polor. Niestety kolejna część „Fantastycznych zwierząt” nie jest chlubnym odstępstwem od tej normy. „Zbrodnie Grindelwalda” to jednoznaczna obraza dla wszystkich odbiorców, a przede wszystkim miłośników przygód Harrego Pottera. Jest to film, który bezpruderyjnie odziera to uniwersum z magii i udowadnia, że w nowej serii nie ma zbyt wiele potencjału. Grafomania Rowling przeraża, a sklecony przez nią scenariusz zanudzi najwytrwalszego fana. Przykro to stwierdzić, ale nawet znakomity Jude Law nie wystarczy

Nie rozumiem również, w jaki sposób tytuł filmu koresponduje z przedstawioną w nim historią. Fantastycznych zwierząt jest w nim jak na lekarstwo, a jedyną zbrodnią Grindelwalda jest to, że przez większość filmu „jara bongo”. Zamiast fascynujących wątków, które twórcy obiecują widzom w nazwie produkcji, dostajemy koszmarnie napisane przemyślenia głównych bohaterów dot. sensu życia.

Na domiar złego „Fantastyczne zwierzęta 2” ignorują nowych odbiorców, którzy nie obejrzeli wcześniej ośmiu filmów o Potterze, części pierwszej z magicznymi stworami, nie przeczytali całego dorobku Rowling i nie spędzają całych dni na warzeniu eliksiru wielosokowego. Mimo tego, że znam to uniwersum całkiem dobrze, to przez większość filmu miałem duży problem ze zrozumieniem tej bałaganiarskiej i niespójnej opowieści.

3. Twarz

Na najniższym stopniu, tego niechlubnego, podium uplasowała się kolejna rodzima produkcja – „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej. W 2018 roku nie uświadczyłem w kinie bardziej pretensjonalnej i miałkiej opowieści. Scenariusz ukazuje problem wykluczenia społecznego i dramatu głównego bohatera w sposób marginalny. Główną osią fabuły są niekończące się żarty na temat katolicyzmu i społeczności wiejskiej. Przez pierwsze piętnaście minut wydaje się to być dość świeże i nowatorskie podejście do tematu. Kiedy jednak widz orientuje się, że oprócz często żenujących żartów, film nie ma do zaoferowania nic więcej, zaczyna się jego męka, by z godnością dotrwać do napisów końcowych. Nie pamiętam sytuacji, w której tak bardzo dłużył mi się czas seansu.

Wszechobecną pretensję wzmagają dziwaczne zdjęcia Michała Englerta. Kręcone przez większość czasu na zamkniętej przysłonie, w postprodukcji poddane są cyfrowemu blurowaniu (wprowadzanie w nieostrość). W konsekwencji jedne z obiektów znajdujących się w tej samej lini są ostre, a inne nie. Wygląda to nienaturalnie oraz powoduje, że cały obraz staje się nieczytelny. „Twarz” to film słaby, który usilnie stara się udowodnić, że jest sporym sukcesem artystycznym. Srebrny Niedźwiedź wydaje się być przyznany jedynie za krytykę konserwatywnych wartości.

2. Czerwona Jaskółka

Stan Borys śpiewał: „przeraża mnie ta chwila, która jej wolność skradła. Jaskółka czarny brylant, wrzucony tu przez diabła […] Jak śmierć kamienna bryła, jak wyrok naw prostokąt. Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym. Tnie jak czarne nożyce lęk, który ją ogarnia”. Filmy akcji to gałąź przemysłu filmowego o sinusoidalnym charakterze. Z jednej strony powstają filmy wybitne, z drugiej jesteśmy „raczeni” produkcjami, które w bezwstydny sposób żerują na sławie i jakości dzieł z tego gatunku. Właśnie takim obrazem jest „Czerwona jaskółka” Francisa Lawrenca.

Znakomite zwiastuny oraz decyzja o obsadzeniu w roli głównej pięknej Jennifer Lawrence potęgowały apetyt oraz wrażenie, że będzie to naprawdę solidny film. W rzeczywistości dostaliśmy nudne widowisko, które ma widzowi niewiele do zaoferowania. Aktorstwo wypada bardzo przeciętnie. Jennifer Lawrence nie ma z kim grać, a jej kreacja również nie jest czymś nadzwyczajnym. Aktorka miała w swojej karierze role, które są zdecydowanie bardziej godne zapamiętania. Winą, za tak mizerną grę, obarczam autorów scenariusza, którzy napisali skrypt wypełniony po brzegi postaciami bez charakteru.

„Czerwona jaskółka” jest nudnym i wtórym filmem, który nie ma widzowi zbyt wiele do zaoferowania. Za Alfredem Hitchcockiem możemy powiedzieć, że obecnie w kinach jest kilka dobrych produkcji, „ponieważ są one warte pieniędzy za kolację w restauracji, dwa bilety do kina i opiekunkę do dziecka”. Niestety „Czerwona jaskółka” nie zalicza się do tej grupy.

1. Mamma Mia: Here We Go Again!

Kiedy w 2008 roku na ekranach kin zadebiutował musical „Mama Mia!” w reżyserii Phyllidy Lloyd, mało kto spodziewał się dobrego wyniku finansowego w światowym Box Office, jaki odniosła ta produkcja. Do dzisiaj filmowi udało się uzyskać przychód oscylujący w granicach 600 milionów dolarów, przy kosztach wynoszących nieco ponad 50 milionów. Wobec ewidentnego sukcesu komercyjnego, wielu z nas wyczekiwało na kontynuację, która jakościowo przebije pierwowzór. Tak się jednak nie stało.

„Mamma Mia: Here We Go Again!” to film, który nie jest wart nawet ceny biletu. Skandalicznie zły scenariusz, wtórność względem części pierwszej oraz mierne aktorstwo powinny spotkać się z krytyką środowiska. Film Ola Parkera jest zwykłym żerowaniem na popularności ABBY i oryginalnego filmu. Lepiej obejrzeć pierwowzór, a tak naprawdę najlepiej spuścić zasłonę milczenia na tę całą serię i obejrzeć chociażby „Upiora w operze” w reżyserii Joela Schumachera czy „Nędzników” Toma Hoopera. Z pewnością zasłużone miejsce na tej liście.

J.B.

J.B.

redaktor naczelny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/PAUZA-BISTRO.jpg
http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/Starczewski-Okładka.jpg http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/Patrycja-Miara.jpg http://klobucka.pl/wp-content/uploads/2019/10/OKŁADKA-Orchidea-reklama.jpg