Oni

Od lat mam duży problem z twórczością Paolo Sorrentino. Nigdy w pełni nie rozumiałem fenomenu tego włoskiego reżysera. Według mnie, jego dzieła trawił jeden z największych problemów kinematografii – nuda. Nie sposób odmówić temu twórcy smaku estetycznego – tworzone przez niego dzieła zachwycają swoją formą i drobiazgowym podejściem realizacyjnym. Zdaje się jednak, że Artur Schopenhauer miał rację mówiąc: „Człowiek przeniósł wszystkie cierpienia i męki do piekła, dla nieba nie pozostało już nic poza nudą”.

Film teoretycznie opowiada o Silvio Berlusconim, byłym premierze Włoch i znanym z licznych kontrowersji playboyu, który za sprawą licznych afer seksualnych, ostatecznie został zmuszony do usunięcia się w cień. Najnowsze dzieło Sorrentino stara mówić się jednak „o nich” – tytułowych ludziach interesu – świcie premiera, która zrobi wszystko dla pieniędzy i kariery politycznej. Tak sytuacja wygląda w teorii. Niestety w rzeczywistości film jest jedynie zbitką niepowiązanych ze sobą scen, którymi raczeni jesteśmy podczas ponad 2,5 godzinnego seansu.

Jak się jednak okazuje, jest to okrojona wersja, względem ponad czterogodzinnej wersji włoskiej. Decyzja polskiego dystrybutora spotkała się z licznymi protestami krytyki i faktycznie może być powodem tego, że dzieło skrócone ma tak bałaganiarski charakter.

Patrząc jednak na poprzednie dzieła reżysera, jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że nawet czterogodzinny tasiemiec nie zmieniłby tego, iż „Oni” to zwyczajnie słaby i, przede wszystkim, nudny film. Nie pamiętam już seansu, na którym wynudziłbym się tak bardzo, jak na tym pozbawionym werwy i życia koszmarze. Nudą, tej wątpliwej jakości produkcji, dorównać mogą jedynie inne obrazy Sorrentino – osoby, które widziały serial HBO „Młody Papież” dobrze wiedzą, o czym mówię. Tyle, że „Oni” stanowią swego rodzaju hiperbolizację wszelkich przywar i manier, jakimi odznacza się ten twórca, a które większość odbiorców od lat poczytuje za zalety i powiew świeżości w kinematografii.

Biografia niejednoznacznego hulaki, jakim niewątpliwie jest Berlusconi – stanowi doskonały fundament dla niejednej znakomitej produkcji. Udowodnił to trzy lata temu (2016) Antongiulio Panizzi w swoim doskonałym dokumencie „My Way: The Rise and Fall of Silvio Berlusconi”. Ta niepozorna, na pierwszy rzut oka, telewizyjna produkcja stoi w rażacej opozycji do filmu Sorrentino, przede wszystkim dogłębnie analizując postać bohatera. U Sorrentino portret ten wypada zaskakująco blado. Zwłaszcza, jeśli uzmysłowimy sobie, że na ukazanie jej miał prawie trzy godziny seansu.

Ta nudnawa i pozbawiona poloru produkcja broni się jednak w momencie, jeśli spojrzymy nań przez pryzmat aktorów, których udało się zaangażować w to przedsięwzięcie. Szczególnie dobrze radzi sobie Toni Servillo, który wcielił się w postać kontrowersyjnego hulaki. Mimo płytkiego zarysowania dwoistej natury Berlusconiego i skrótów scenariuszowych – Servillo dwoi się i troi, żeby choć na chwilę uchwycić istotę i charakter tej postaci – i wychodzi z tego zadania obronną ręką. Stworzony przez niego premier jest zaskakująco podobny, między innymi w sposobie zachowania, do swojego faktycznego odpowiednika. Bardzo przekonująco grają również: Elena Sofia Ricci, Riccardo Scamarcio czy Kasia Smutniak.

Jak przystało na filmy Sorrentino, główną atrakcją seansu są aspekty audio-wizualne. Szczególnie zachwycają zdjęcia Luca Bigazzi, w których umiejętnie przenika się wręcz ordynarna dosłowność z mistycyzmem. Bigazzi sprawnie żongluje nadmierną ekspozycją kobiecej nagości z pewnym niedopowiedzeniem – tajemnicą, która w pewnych momentach rości sobie prawa do miana swoistego sacrum. Muzyka Lelea Marchitelliego dopełnia dzieła powodując, że chociaż na chwilę zapominamy z jak nużącą produkcją mamy do czynienia.

Podsumowując, nie wiem skąd bierze się taka chorobliwa fascynacja twórczością Paolo Sorrentino – twórcy dość przeciętnych filmów i seriali, które miast ciekawić i skłaniać widza do jakiejkolwiek recenzji – zwyczajnie nudzą. W jego najnowszym filmie fabularną pustkę, twórcy starają maskować się wszechogarniającą golizną. Pierwsze piętnaście minut produkcji ucieszy niejednego aceta. Jednak nawet samiec alfa bardzo szybko zorientuje się, że za nagością nie kryje się nic więcej. To przykre, że dzieło Sorrentino jest nadętą wydmuszką – pięknym filmem, który nie stawia przed widzem, żadnych pytań, nie pozostawia refleksji, a jedynie nudzi.

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *