TOP 15 FILMÓW 2019 ROKU



Rok 2019 był jednym z najbardziej zaskakujących i obfitujących lat w filmowe doświadczenia. Dowodem na tę śmiałą tezę jest fakt, że miałem poważne trudności by dokonać selekcji 15 najlepszych produkcji z prawie trzydziestu bardzo udanych dzieł, które w latach ubiegłych z pewnością znalazłyby się w podobnym zestawieniu na czołowych pozycjach. W tym roku obejrzałem ponad siedemdziesiąt obrazów. W ramach noworocznego podsumowania postanowiłem raz jeszcze przybliżyć 15 utworów, które zachwyciły mnie najbardziej w kończącym się roku.

Warto zaznaczyć, że w zestawieniu brałem pod uwagę filmy, które miały swoją premierę w Polsce. Z uwagi na to, że parę produkcji przegapiłem lub jeszcze nie wybrałem się do kina na niektóre, do zestawienia nie weszły między innymi: „Midsommar”, „Oficer i szpieg” czy „Irlandczyk”.

15. LALECZKA

Film w reżyserii Larsa Klevberga jest remakiem części pierwszej z 1988 i stanowi restart całej historii. Mały Andy Barclay dostaje od swojej matki na urodziny zaawansowaną technologicznie lalkę, której sztuczna inteligencja, z biegiem czasu, uczy się reagować na ludzkie zachowania i emocje. Egzemplarz chłopca ma jednak wadę, która powoduje, że zabawka błędnie interpretuje poszczególne bodźce. Zrezygnowanie z lalki opętanej przez mordercę, na rzecz wypaczonej sztucznej inteligencji jest strzałem w dziesiątkę. Dzisiaj koncept ten jest zdecydowanie bardziej przerażający i budzący więcej tematów do dyskusji, niż przebrzmiałe rytuały voodoo. Cała karkołomna próba wskrzeszania historii Chucky’ego okazałaby się fiaskiem – sromotną porażką, gdyby nie znakomite kreacje aktorskie, przede wszystkim Marka Hamilla. Temu wybitnemu aktorowi udało się odpowiednio zniuansować postać psychopatycznej lalki, która stopniowo zatraca się w odmętach szaleństwa.

14. AVENGERS: KONIEC GRY

Najlepsze superbohaterskie „wydarzenie” w historii kinematografii. Trudno „Koniec gry” traktować, jako pełnoprawny film – w oderwaniu od reszty uniwersum jest to widowisko kompletnie niezrozumiałe dla przeciętnego widza. Pełni jednak doskonałe podsumowanie dziesięciu lat Marvel Cinematic Universe będąc godnym zwieńczeniem tzw. „Sagi Nieskończoności”.

13. TO MY / US

Jordan Peele podobnie, jak w przypadku swojego pierwszego filmu – „Uciekaj!”, rzuca nowe światło na horrory, zarówno w aspekcie treści, jak również sposobie w straszeniu odbiorcy. Wyświechtane motywy i tropy – próbuje ukazać z całkowicie innej perspektywy, nieustannie zaskakując widza i wprawiając go w osłupienie.

Rodzina w domku na plaży spędza beztroskie chwile, które zostają zakłócone przez nieproszonych gości. Szybko okazuje się, że intruzi nie mają dobrych intencji. Reżyser sprytnie balansuje pomiędzy rasowym kinem grozy, a czarną komedią – dzięki czemu jeszcze lepiej dezorientuje widza, przekraczając nieustannie jego strefę komfortu.

12. FAWORYTA

polska premiera: 8 lutego 2019

Z twórczością Yorgosa Lanthimosa zetknąłem się przy okazji premiery „Zabicia świętego jelenia” – produkcji, która ówcześnie wywarła na mnie spore wrażenie. Konstrukcja świata przedstawionego, jego oniryczny charakter, nierzeczywiści bohaterowie, czarny, groteskowy humor to elementy będące prawdziwym powiewem świeżości, świadczące o klasie i kunszcie reżyserskim. Mimo Złotej Palmy za najlepszy scenariusz, film przeszedł bez większego echa. Na kolejne dzieło greckiego twórcy przyszło nam czekać… dwa lata.

Na pierwszy rzut oka „Faworyta” jest kolejnym dramatem kostiumowym. Na angielskim dworze pojawia się nowa służka – Abigail, która zagraża pozycji lady Sarah – która sprawuje rządy w królestwie, zastępując schorowaną, niepoczytalną królowę Annę. Bardzo szybko okazuje się, że ta powielająca schematy, oklepana historia stanowi jedynie preludium, zaproszenie do zabawy formą, jaką jest ten prawie dwugodzinny seans. Utwór w rzeczywistości jest piękną „wydmuszką”; manifestem „czystej formy”.

11. ZABAWA W POCHOWANEGO

Fabuła bez wątpienia stanowi najmocniejszy element produkcji. Grace wżenia się w bogatą rodzinę, która przykłada dużą wagę do tradycji. Dlatego też, dziewczyna musi przejść inicjację, po której oficjalnie zostanie włączona do szacownego rodu. Tradycja wymaga by dziewczyna zagrała w grę, którą wylosuje dla niej tajemnicza skrzynka. Wśród setek możliwości, znajduje się tylko jedna pechowa opcja – zabawa w chowanego, która jak możemy się spodziewać, przypada dziewczynie w udziale. Zasady gry różnią się od tych, które każdy z nas dobrze zna – rodzina musi odszukać dziewczynę i… zabić ją przed świtem. W innym wypadku wszyscy członkowie rodu zginą w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak przynajmniej myślą.

Duetowi reżyserskiemu Mattowi Bettinelli-Olpinie i Tylerowi Gillett’cie udaje się połączyć motywy znane z czarnych komedii z elementami kina gore. Skrupulatnie prowadzą widza przez historię, w odpowiednich momentach wzbudzając u niego przerażenie i obrzydzenie, by w innych wywołać salwy śmiechu. Jest to olbrzymie wyzwanie – by w produkcji tego typu twórcy osiągali dokładnie takie reakcje, jakich oczekiwali na etapie produkcyjnym. W „Zabawie w pochowanego” od początku czujemy ciężki klimat, który co chwila rozładowywany jest zaskakującymi zbiegami okoliczności.

10. TOY STORY 4

Cykl „Toy Story” dorasta wraz ze swoją widownią. Część pierwsza uświadamiała młodym widzom, że nie są pępkiem świata i, że czasem ktoś inny zasługuje na to, by błyszczeć wśród świateł fleszy. Dwójka rozważała problem tożsamości. Kim jesteśmy, a kim być powinniśmy? Druga historia zabawek nauczyła nas również, że wszelkie zmiany, rozwój osobisty łączy się z pewną zmianą czy nawet stratą. Tę problematykę bardzo umiejętnie dla swoich potrzeb przetworzył i rozwinął epizod trzeci. Każdy z nas musi kiedyś oswoić się z tym, że zmiany są nierozłącznie wpisane w nasze życie – podobnie jak strata bliskich nam osób.

„Toy Story 4” opowiada o starości i przemijaniu. Jest lekcją, jak poradzić sobie w momencie, gdy zdamy sobie sprawę, że nasz czas się kończy, że dawna świetność już nie powróci. Pewne młodzieńcze decyzje są nieodwracalne i ze świadomością błędów trzeba czasem żyć do końca. Jest to bez wątpienia jeden z najlepszych filmów tego roku i zdecydowanie produkcja, wobec której nikt nie powinien przejść obojętnie. To dzieło, które dzięki swojej uniwersalności, każdemu z nas ma do zaoferowania coś, co zostanie na dłużej – co może silnie wpłynąć na nasze życie. To animacja, która zachwyca poziomem wykonania, skutecznie wprowadza odbiorcę w przeżycie estetyczne, wzrusza historią i nie pozwala o sobie zapomnieć.

9. JOKER

„Joker” w reżyserii Todda Phillipsa z pewnością nie jest najlepszym filmem tego roku. Obok genialnych elementów, takich jak warstwa audio-wizualna, znakomite aktorstwo – przede wszystkim Phoenix’a, produkcja ma nazbyt wiele problemów – szczególnie w obszarze reżysersko-scenariuszowym. Najbardziej widać to w jednej z końcowych scen, kiedy Joker w studio telewizyjnym w zasadzie tłumaczy wszystkim, o czym był ten film, na wypadek gdyby któryś z widzów nie załapał. Takich ordynarnych ekspozycji jest w tym utworze znacznie więcej. Mimo to, jest to produkcja, która podejmuje temat istotny – problem, z którym my, jako społeczeństwo, będziemy musieli się zmierzyć w niedalekiej przyszłości. Naświetlenie tej tematyki jest osiągnięciem istotnym, nie tylko w kontekście kina superbohaterskiego, ale całej kinematografii. Bo co, jeśli w rzeczywistości to my tworzymy monstra, przed którymi zakrywamy nasze przerażone twarze?

8. GREEN BOOK

polska premiera: 8 lutego 2019

Produkcja Petera Farrelly’ego opowiada historię Tony’ego Lipy (Viggo Mortensen) – włoskiego cwaniaczka z Bronksu, któremu zaproponowana zostaje posada szofera ekstrawaganckiego muzyka z wyższych sfer. Razem ruszają w kilkutygodniową trasę koncertową po południowej części USA. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ów muzyk jest Afroamerykaninem, których to w latach 70. XX wieku na południu uważano za ludzi gorszego sortu. Sama podróż staje się więc przyczynkiem do wielu szokujących sytuacji, co rusz przeplatanych rasistowskimi żartami. „Green Book” jest dziełem zaskakująco nietolerancyjnym w swojej formie. Zabieg ten powoduje, iż mimo licznych dowcipów, z każdą kolejną minutą widz czuje się coraz bardziej wyobcowany. Pod płaszczykiem „lekkiej formy” Farrelly ukrył dramat ludzi, którzy w obliczu segregacji, byli niczym więcej, jak narzędziami – w tym wypadku „szafami grającymi”, które pięknie „grały” swoim białym panom.

7. PAN T.

(pełna recenzja wkrótce)

Ściany spękane, rdzewieją ze złocenia. Zdefektowane, mrugające oświetlenie. Nowoczesność umierająca na zawał. Niebiesko-czerwony półmrok pełen występnych twarzy. Każda gęba to grzech śmiertelny. Każdy pysk to świętokradztwo. Dudnienie w murach, łomot w głowie, wycie na poddaszach. Głos gniewu bożego” (Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa). Siła najnowszego filmu Marcina Krzyształowicza drzemie w tym, że udało się w nim zawrzeć tzw. „signum temporis” – znak czasu. Twórcy odzierają widza ze złudzeń, prezentując mu, ukryty pod płaszczykiem przypowieści dziejącej się w PRL-owskiej rzeczywistości, obraz współczesnego świata.

XXI wiek przynosi człowiekowi galopujący rozwój technologiczny. Odziera go jednak z wiedzy i wrażliwości na piękno. Wyrafinowanie ustępuje masie, która „równa w dół”, a twórczość Krzysztofa Pendereckiego zostaje wyparta przez disco-polowe piosenki Zenka Martyniuka. W tym ponurym obrazie rzeczywistości znajduje się tytułowy Pan T., który w spauperyzowanym świecie pokazuje innym, że mogą być piękni i czym to piękno powinno być. Współczesny poeta śpiewa: „jeden uśmiech twój wystarczy i moje serce gubi rytm. O twą miłość będę walczył, o miłość walczyć to nie wstyd”. Evviva l’arte!

6. DOM, KTÓRY ZBUDOWAŁ JACK

polska premiera: 18 stycznia 2019

„Dom, który zbudował Jack” to prawdziwe dzieło sztuki – i niewątpliwie jeden z najwybitniejszych filmów, jaki widziałem przez ostatnie lata! Poziomem wyrafinowania obraz ten może mierzyć się jedynie z „Odyseją kosmiczną” Stanleya Kubricka. Film Von Triera jest do niego odwrotnie proporcjonalny treściowo. Podczas gdy w „Odysei” człowiek wzbija się na wyżyny i stawszy się nietzscheańskim nadczłowiekiem osiąga swoje ekstrema, w „Domie…” ten sam człowiek, z każdym kolejnym czynem stacza się coraz niżej w kierunku otchłani i potępienia. Podobieństwo z dziełem Kubricka, może być rozpatrywane jeszcze na jednej płaszczyźnie – w odbiorze. Kiedy „Odyseja” zadebiutowała na dużym ekranie, krytycy nie pozostawili na niej suchej nitki, określając ją mianem „chwalebnej porażki”. Również w przypadku najnowszego filmu Von Triera recenzenci są mocno spolaryzowani.

5. NA NOŻE

Na pierwszy rzut oka film „Na noże” jest klasycznym, niewyróżniającym się w tłumie kryminałem. Pierwszy akt sugeruje wręcz, że będzie to opowieść przewidywalna, operująca dobrze znanymi narzędziami i rozwiązaniami. Jest to jednak zaledwie preludium – wyłącznie zaproszenie do dalszej zabawy i początek zdecydowanie bardziej angażującej intrygi. Najnowszy film Riana Johnsona jest dekonstrukcją gatunku. Reżyser przedstawia dobrze znane schematy i wyeksploatowane do granic możliwości tropy, udzielając nań jednak świeżych oraz niecodziennych odpowiedzi. Twórca zaskakuje i niemalże wzorem Alfreda Hitchcocka podaje rozwiązanie, z pozoru najważniejszej zagadki, praktycznie na początku historii. Mimo, że znamy mordercę – kryminał się nie kończy, a z biegiem wydarzeń pojawia się coraz więcej pytań i nieostrości, na które chcemy poznać odpowiedzi. Fabularnie, twórcom udaje się sprostać zadaniu, a finał okazuje się niezwykle satysfakcjonujący.

Warstwa narracyjna redefiniuje i rewitalizuje wyczerpaną przez lata formułę, pozwalając spojrzeć nań z zupełnie innej perspektywy. Johnson ukazuje nam pewnego rodzaju kryminalną odtwórczość – przez pryzmat swojego twórczego i kreatywnego umysłu. Ten ambitny i, w zasadzie, karkołomny projekt, z uwagi na dotychczasowe ramy i pola eksploatacji gatunkowej, mógł ponieść porażkę na conajmniej kilku płaszczyznach. Reżyser wychodzi jednak z tego obronną ręką. Udaje mu się poprowadzić narrację na tyle jasno i klarownie, by pełna zwrotów – akcja – od samego początku do końca była sensowna, a wynikanie logiczne następujących po sobie zdarzeń było niesprzeczne.

4. PARASITE

Pasożyt – organizm, żyjący wewnątrz innego bytu, dla którego ów stanowi źródło pożywienia. Stanisław Lem pisał, że „cały świat zwierzęcy jest pasożytem roślinnego”. Najnowsze dzieło Joon-ho Bonga opowiada historię, wychowanego w skrajnej biedzie, młodego mężczyzny – Ki-woo, który dostaje posadę korepetytora córki zamożnego małżeństwa. Dość szybko wykorzystuje nadarzającą się okazję załatwiając ciepłe posadki dla pozostałych członków swojej rodziny. Widz obserwuje natychmiastową zmianę status quo bohaterów, którzy z przymierających głodem bezdomnych, z dnia na dzień stają się „królami życia”. Królami żyjącymi w cieniu swoich nowych panów, którzy mają ich za nic. Struktura opowieści mocno przypomina tę, do jakiej zdążył przyzwyczaić nas swoimi filmami Quentin Tarantino. Joon-ho Bong nie kryje swoich inspiracji – on wręcz bezwstydnie obnosi się tym, skąd czerpie.

3. BOŻE CIAŁO

Drugi polski akcent w tym zestawieniu. Po zakończeniu II Wojny Światowej izraelski wywiad porywa z Argentyny Adolfa Eichmanna – jednego z architektów idei holocaustu. Po burzliwym procesie zostaje skazany na śmierć. Oskarżony nigdy nie przyznał się do winy. Argumentował, że był jedynie urzędnikiem państwowym i nie zdawał sobie sprawy z okrucieństw zbrodniczego systemu, którego był częścią. Relacjonująca proces dla „New Yorkera” filozof Hannah Arendt – postawę Eichmanna nazwała „banalnością zła”. Nie upatrywała w zbrodniarzu demona, szatana – na którego był usilnie kreowany przez ocalałych Żydów. Według niej był głupcem o wąskich horyzontach. „Banalność zła” i egzekucja Eichmanna stała się symbolem, fundamentem nowego państwa – Izraela. Przypadek ów nie jest osamotniony – paradoksalnie odnajdujemy go w codziennym życiu. Podporządkowujemy świat „banalności zła”, która de facto definiuje nasze cele i kreuje motywacje. Nienawiść jest głównym motorem napędowym, ale również budulcem podziałów, których coraz więcej.

„Boże Ciało” to film kompletny – wspaniały utwór, który nie jest jednak filmem dla każdego. Z pewnością niektórzy widzowie okrzykną go dziełem bluźnierczym, „banalnie złym” – produkcją, która wprost atakuje ich wiarę, przekonania oraz zasady, jakimi kierują się w życiu. Ja uważam jednak, że najnowszy film Jana Komasy jest odważny – wytyka nam błędy patrząc prosto w oczy. Jest to przypowieść – mroczna historia, której morał pozwala jednak z optymizmem spojrzeć na przyszłość i na drugiego człowieka.

2. BÓL I BLASK

„Ból i blask” jest filmowym autoportretem reżysera. Almodóvar zdaje się bardzo silnie utożsamiać z główną postacią – Salvadorem Mallo (w tej roli znakomity Antonio Banderas) – kultowym hiszpańskim reżyserem filmowym, który gardząc sławą alienuje się od mediów i dużą wagę przykłada do swojej prywatności. Bohater rozpamiętuje na nowo najważniejsze, najbardziej emocjonalne momenty swojego życia. Produkcja odznacza się wyjątkowo powolną narracją – reżyser nie śpieszy się, drobiazgowo i skrupulatnie pokazując kolejne sceny. Mozolnie wznosi pomnik, który z każdą minutą coraz bardziej zachwyca swoją formą i wzniosłością.

Byłbym niesprawiedliwy, definiując „Ból i blask” jako obraz „nudny” czy „nużący”. Paradoksalnie jest to film, w którym praktycznie nic się nie dzieje, ale podczas dwugodzinnego seansu nie możesz oderwać wzroku od dużego ekranu. Utwór zachwyca przede wszystkim konstrukcją świata przedstawionego i skrupulatnością, z jaką twórcy podeszli do jego budowy. Protagonista otacza się dziełami kultury – żyje w świecie sztuki. Decyzja ta powoduje, że „Ból i blask” staje się obrazem na wskroś plastycznym. To ujęcia determinują tę produkcję – ruchome obrazy nadają jej odpowiedniej poetyki.

1. LIGHTHOUSE

W latarnii następuje zmiana warty. Czas ulega wypaczeniu – historia zatacza koło. Dwie postaci odchodzą – ich sylwetki znikają w strugach rzęsistego deszczu. Na ich miejsce pojawiają się kolejni śmiałkowie, którzy swoją pracą rozświetlą morze mroku – czyniąc z nieprzyjaznej wyspy, bezpieczną przystań. Cykl zostaje przerwany – bohaterowie zostają uwięzieni, sztorm uniemożliwia im opuszczenie posterunku. Kolejna zmiana warty nie nadciąga. Ich wewnętrzne demony ożywają – stają się realne. W najnowszym dziele Roberta Eggers’a groza kina niemego (horror gotycki) z początku ubiegłego wieku przeżywa swój renesans. Niepokój przeplata się z czarną komedią – specyficznym klimatem „realizmu magicznego” czy bergmanowską wrażliwością. Surowość produkcji przejawiająca się w klasycznych proporcjach ekranu (4:3), ziarnistości celuloidowej taśmy, monochromatyzmie – nie jest jednak tylko przejawem kinofilskiego zboczenia twórców. Jest to zbiór zabiegów formalnych, które jednoznacznie wpływają na jakość i sposób, w jaki całość postrzegana jest przez odbiorcę.

Robert Eggers w jednym z wywiadów podkreślił, że „nic dobrego nie wyjdzie z sytuacji, kiedy zamkniemy dwóch facetów w wielkim fallusie”. Wypowiedź ta, chyba najlepiej pokazuje czym arthouse’owy „Lighthouse” jest w istocie. W zasadzie to postkonceptualny manifest i udana próba formalnej rekonstrukcji znanych motywów i tropów. Austriacki filozof Karl Popper napisał, że „nauka musi zaczynać się od mitów – i od ich krytyki”. Eggers na krytyce kończy… dając nam jeden z najdoskonalszych filmów ostatnich lat i najlepszą produkcję, jaką miałem przyjemność zobaczyć w 2019 roku.

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *