Historia małżeńska



Absolutnym ideałem aktora to stać się klawiaturą, cudownie nastrojonym instrumentem, na którym swobodnie grałby autor” (Antoine André). Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem „Jokera” w reżyserii ToddaPhillipsa byłem przekonany, że nikt nie jest w stanie przeszkodzić Joaquinowi Phoenixowi w zdobyciu Oscara w kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy”. Po seansie „Historii małżeńskiej” moja opinia nie była już tak jednoznaczna. Noah Baumbach stworzył niezwykłą produkcję – film, który na pierwszy rzut oka jest zwyczajny, nie ma widzowi zbyt wiele do zaoferowania. Początkowe wrażenie jest jednak mylne, a mylić się w tej kwestii to rzecz piękna. 

Często okazuje się, że kariera, konsumpcjonizm czy nastawione na sukces społeczeństwo prowadzą do powolnego rozpadu więzi międzyludzkich. Kochankowie stają się wrogami, znajomi nieznajomymi, a przyjaciele wrogami. Czasem wystarczy jedna iskra, by budowane latami relacje – w jednym momencie przestały istnieć. Taką sytuację przedstawia „Historia małżeńska”. Po przeżytej ze sobą dekadzie – Nicole i Charlie nagle przestają o siebie dbać, zabiegać o wzajemną uwagę – ich małżeństwo ulega powolnemu rozkładowi. 

Główną oś „Historii małżeńskiej” stanowią genialne występy aktorskie, które przekształciły tę dość prozaiczną opowieść – w emocjonalne i poruszające widowisko. Zarówno kreacja Adama Drivera, jak również Scarlett Johansson nie pozwalają widzowi pozostawać obojętnym wobec narracji, która jest przez nich współtworzona. Kameralny początek jest zaledwie preludium do wstrząsającej przypowieści ukazującej zakochanych w sobie ludzi, którzy z dnia na dzień przestają ze sobą rozmawiać, stają się siebie obcy, zaczynają się nienawidzić. 

Driver pozwala utożsamić się widzowi z postacią, którą gra. W pewnym momencie w zasadzie zlewamy się z postacią Charliego, który mimo niezaprzeczalnego uroku i charyzmy, na dłuższą metę jest człowiekiem nudnym – w niczym nie odróżniającym się od każdego z nas. To zanurzenie w postać jest jednak zabiegiem celowym, który szybko procentuje. Powoduje, że rola Drivera w kluczowych momentach robi na odbiorcy piorunujące wrażenie. Emocjonalne fragmenty są znacznie bardziej zauważalne dzięki temu, że przez większość trwania filmu aktor jest zachowawczy, bardzo oszczędny w swojej grze. 

Diametralnie inaczej zachowuje się Scarlett Johansson, która opiera swoją postać na sporej dawce emocjonalności będącej jawnym kontrapunktem do powściągliwości Drivera. Z czasem jednak początkowy blask bohaterki ulega wygaszeniu, jej emanacja staje się coraz słabsza, oślepiające światło przechodzi w mrok. Najbardziej interesującym elementem duetu jest moment, w którym te skrajnie różne charaktery stają się tożsame – niegdyś kochający się ludzie stają się lustrem, które pokazuje jedynie przywary drugiego.

Na szczególną uwagę zasługuje Laura Dern, która za fantastycznie stworzoną postać Nory Fanshaw otrzymała Oscara w kategorii „najlepsza aktorka drugoplanowa”. Dern jaśnieje na ekranie w każdej scenie, w której się pojawia. Jej ekonomiczne podejście, twarde stąpanie po ziemi stanowią interesującą przeciwwagę do zawieszonych w „świecie idei” i sztuki małżonków. Aktorka jest przebojowa – w zasadzie to ona i jej porady popychają całą historię do przodu, która zmierza do nieuchronnej tragedii. 

„Pozorna zwyczajność” to termin, który najlepiej definiuje to, czym jest „Historia małżeńska”. Charakter ten nie jest widoczny wyłącznie w postawie aktorów, ale przede wszystkim na poziomie scenariuszowym i realizacyjnym. Noah Baumbach od samego początku stara się uśpić czujność widza. Nadaje sielankowy wymiar początkowi opowieści, by bardzo szybko zderzyć odbiorcę z ponurą rzeczywistością i obedrzeć go ze złudzeń. Reżyser nie odbiera jednak nadziei do końca, długo tkwiąc w pewnego rodzaju obyczajowej „nudzie”. Pozwala oswoić nam się ze zwyczajnością świata przedstawionego, by w konkretnych momentach brutalnie wydrzeć nas z pozornego spokoju – pokazać nam prawdziwe cierpienie, dramat autentycznych ludzi. 

Nienachalna jest także warstwa audiowizualna obrazu. Widać to przede wszystkim w genialnych zdjęciach Robbie Ryana. Autor zdjęć doprowadził swoją obserwację do perfekcji powodując, że kamera staje się w zasadzie niezauważalna. Czasem ma się wrażenie, że to któryś z domowników ustawił ją na statywie, by powoli, rzetelnie i obiektywnie rejestrowała trudną do zaakceptowania rzeczywistość. Taki plastyczny „brak emocji” jeszcze bardziej wzmaga zniuansowaną grę aktorską – która dzięki takiej mimowolnej obserwacji może być jeszcze bardziej ekspresywna, sugestywna i przejmująca. Całość dopełnia jednocześnie optymistyczna i melancholijna ścieżka dźwiękowa Randy’ego Newmana, która podkreśla jeszcze jedną, istotną cechę „Historii małżeńskiej”. Jest to bowiem lekcja, która pokazuje nam, że nic nie kończy się definitywnie, zawsze pozostaje nadzieja na wyjście z nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji. Czasem prosty gest wystarczy, by odmienić złą passę i wybaczyć sobie wzajemnie. 

Oscar Wilde napisał, że „bardzo niebezpiecznie jest spotkać kobietę, która nas całkowicie rozumie. Kończy się to zawsze małżeństwem”. „Historia małżeńska” to film niezwykły, który pod płaszczykiem zwyczajnej, nudnej opowieści przekazuje bardzo aktualną i poruszającą lekcję. Żyjemy w czasach galopującego postępu technologicznego, który nauczył nas, że zamiast naprawiać rzeczy, należy je wyrzucić. Ale czy to jest rzeczywiście słuszne?

Ocena filmu: 8/10

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *