MATTHIAS I MAXIME

Kanadyjski reżyser Xavier Dolan w 2009 roku kręci swój filmowy debiut. Jego „Zabiłem swoją matkę” z miejsca staje się międzynarodowym fenomenem, zdobywając na Festiwalu w Cannes trzy prestiżowe nagrody. Dwudziestoletni wówczas reżyser okrzyknięty zostaje „cudownym dzieckiem”. Z każdą kolejną produkcją jego pozycja i znaczenie rosły – by w końcu twórca stał się jednym z najważniejszych artystów, którzy koncentrują się w swoich filmach na problemach związanych z homoseksualizmem i jego postrzeganiem przez społeczeństwo. Nie jestem entuzjastą jego twórczości – uważam, że z każdym kolejnym projektem, artysta tracił swoją autentyczność na rzecz pretensjonalności, która w pewnym momencie przyćmiła większość pozytywnych aspektów jego dzieł. Czy debiutujący na ekranach polskich kin 21 lutego 2020 roku „Mattias i Maxime” jest chlubnym powrotem Dolana do dawnej formy, czy kolejnym krokiem uczynionym w kierunku przepaści?

W swoim najnowszym filmie Dolan pochyla się nad wstydem i brakiem samoakceptacji. Problem rozpatruje na kilku płaszczyznach. Eksperyment i zaskakujące wnioski, jakie za sobą niesie, są główną zaletą produkcji. Maxime wstydzi się swojej rodziny, tego kim jest jego matka, negatywnych emocji, jakie w nim wyzwala. Postanawia uciec. Planuje przeprowadzić się z Kandy do Australii. Wokół wyjazdu reżyser buduje główną oś fabularną. Mattias jest nieszczęśliwy – to postać tragiczna, która wstydzi się tego kim jest. Ma kobietę by ukryć swoją prawdziwą orientację i to, że tak naprawdę kocha swojego przyjaciela Maxa. Niechciane uczucie stanowi przyczynę narastającego napięcia, coraz bardziej jawnej pogardy, rodzącej się nienawiści.

W momencie, w którym Matthias i Maxime zdają sobie sprawę z uczucia, jakie ich łączy – coraz więcej rzeczy zaczyna ich dzielić. Dotychczasowa miłość przeradza się w niechęć. Mimo dość konkretnego i wąskiego przekazu, koncentrującego się na temacie mniejszości seksualnych, temat nowego filmu Dolana wydaje się zaskakująco uniwersalny. Wielu z nas utraciło kiedyś kogoś ważnego – uczucie wygasło, ale dla dawnej przyjaźni nie było już miejsca. To dojmująca historia, w której najbardziej porusza nieuchronność straty. Od samego początku zdajemy sobie sprawę z tego, do czego prowadzi opowieść i, że prawdopodobnie nie będzie to „happy end”.

Dolan nie ustrzegł się przed pretensjonalizmem, który z filmu na film, coraz bardziej przyćmiewa jego produkcje – jego z założenia wspaniałe pomysły i scenariusze. Również i tutaj przeintelektualizowana wzniosłość rujnuje interesującą fasadę, nieustannie wybijając widza z immersyjnego zanurzenia swoim pseudo-artystycznym bełkotem. „Matthias i Maxime”, to film wybitnie nielogiczny, któremu brak ciągłości zdarzeń. W jednej scenie matka Maxime’a rzuca w niego zapalniczką. Chłopakowi nic się nie dzieje. Kilka scen później bohater jedzie autobusem. Patrzy w kierunku jakiegoś faceta. Uśmiechają się do siebie. Nagle Maxime zaczyna krwawić? O co tutaj chodzi? A, faktycznie – chłopak dostał zapalniczką w głowę. Jednak jedno nie wynika bezpośrednio z drugiego. Takich sytuacji jest znacznie więcej. W najnowszym filmie Xaviera Dolana praktycznie nie występuje wynikanie przyczynowo-skutkowe, a jeśli takowe zachodzi, to jest ono skrajnie upośledzone. Długo trzeba zachodzić w głowę, by cokolwiek z produkcji sensownego wywnioskować.

Nie podoba mi się również przestylizowana warstwa audiowizualna. Większą część obrazu Dolan na siłę stara się ukazać w formie paradokumentalnej. Kamera udaje pracę sprzętu reporterskiego. Co kilka sekund obraz się przybliża (dozoomowuje), drga, czasem rozostrza. Razić będzie to każdego, kto choć raz w tygodniu ogląda jakikolwiek serwis informacyjny w telewizji. Chyba, że w Kanadzie operatorzy telewizyjni zachowują się właśnie w taki sposób. Niespokojne i bałaganiarskie zdjęcia uniemożliwiają poprawny odbiór i odgadnienie prawdziwych intencji autorów. Nie pomaga również przeciętny montaż i niezapadająca w pamięci ścieżka dźwiękowa.

Słabo wypadają również kreacje aktorskie. Na tym miernym tle, największą charyzmą odznaczają sie Xavier Dolan w roli Maxime’a oraz Gabriel D’Almeida Freitas wcielający się w jego kochanka Mattiasa. Z każdym kolejnym filmem tego reżysera jestem coraz bardziej pewny, że jedyną motywacją dla powstania nowych dzieł są erotyczne fantazje Dolana, który wykorzystuje swoją pozycję, by całować się z modelami. Tak czy inaczej – relacja dwóch panów wypada bardzo naturalnie – czuć między nimi odpowiednie napięcie, chemię. Mimo różnicy poglądów, z każdą kolejną minutą coraz bardziej zależy nam na ich losie – widzimy w nich siebie, są naszymi zwierciadłami. Bo w rzeczywistości każdy z nas pragnie tylko jednego – szczęścia.

„Mattihas i Maxime” w ogólnym rozrachunku jest jednak sporym rozczarowaniem i triumfem pretensji nad zdrowym rozsądkiem. Często mówi się, że „na każdą beczkę miodu przypada łyżka dziegciu”. Najnowsze dzieło Dolana prezentuje odwrotną filozofię. Niewiele bowiem miodu w tym morzu goryczy. Obraz jest praktycznie niezdatny do oglądania – ratuje go jedynie interesująca relacja głównych bohaterów. „Cudowne dziecko” wreszcie dorosło, pierwotny blask zaśniedział, a dawna świeżość ustąpiła wtórności.

Ocena filmu: 4/10

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *