Czekając na zarazę

Widmo koronawirusa, wiszące jakiś czas nad Polską – „stało się ciałem”. Na dzień pisania tego felietonu mamy 17 potwierdzonych przypadków! Wielu obywateli odetchnęło z ulgą, że wreszcie nie będą się musieli zastanawiać kiedy to nastąpi.

Tymczasem w polskiej polityce kampania prezydencka w pełni. Prezydent Andrzej Duda, po nocnych konsultacjach z kierownictwem partii rządzącej – dla przypomnienia, jest od niej niezależny, dostaje jedynie finansowanie kampanii, zadecydował, że podpiszę ustawę przyznającą mediom publicznym – głównie TVP – 2 miliardy złotych. Totalna opozycja przez ponad dwa tygodnie robiła wszystko, żeby udowodnić sobie, jemu i wszystkim Polakom, że te pieniądze lepiej przeznaczyć na onkologię. Na szczęście prezydent pokazał, że jest prawdziwie niezależny od opozycji. Dodatkowo, na konferencji prasowej po podpisaniu, zgromił opozycjonistów, za jego zdaniem stawianie znaku równości pomiędzy tymi dwiema sprawami. W jego ocenie było to nawet nie tyle niewłaściwe, co zwyczajnie podłe. Stojący obok niego premier Mateusz Morawiecki przyznał prezydentowi rację i podkreślił, że dzięki tym dodatkowym pieniądzom Polacy będą lepiej i rzetelnej informowani o koronawirusie, bo to w tej chwili jest najważniejsze.

Niejako przy okazji ze stanowiskiem pożegnał się prezes TVP Jacek Kurski. Głosy z Pałacu Prezydenckiego sugerowały, że jego głowy żądać miał prezydent w zamian za parafkę. Na szczęście całą sprawę wyjaśnił marszałek Terlecki stwierdzeniem, że prezes Kurski został moralnym zwycięzcą całej sytuacji i jego dymisja jedynie pokazuje, że był prezesem niezależnym od polityków… Nie, ja też nie wiem jak to rozumieć.

W czasie zeszłotygodniowego posiedzenia sejmu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Partia rządząca, w trybie pilnym poddała pod głosowanie specustawę, dającą różne uprawnienia samorządom, policji i straży pożarnej. Tryb procedowania miał być standardowy (czyli sztafeta, od wejścia, do podpisu 4 godziny), a opozycja jak zwykle zaczęła kręcić nosem. I tu stała się rzecz niebywała, bo partia rządząca nie dość, że pozwoliła na dyskusję w sejmie i w komisjach, to jeszcze zaczęła uwzględniać poprawki opozycji. I nie chodziło jakieś przecinki i spójniki, a doprecyzowanie przepisów dotyczących inwigilacji i ograniczania swobód obywatelskich na czas kryzysu. Koniec końców, sejm i senat ustawę przegłosowały wspólnie (w sensie ponadpartyjna większość zagłosowała za), a prezydent podpisał. Na konferencji prasowej premier Morawiecki chwalił, że teraz wreszcie Polska będzie przygotowana na nadejście koronawirusa. Co, na marginesie, kłóci się nieco z jego ubiegłotygodniową wypowiedzią, gdy przekonywał, że już wówczas byliśmy gotowi i z oświadczeniem Ministra Zdrowia, że wirusa jeszcze nie ma.

Koronawirus jeszcze na dobre nie pojawił się w naszym kraju (bo 0,00002% przypadków to tak trochę mało), ale już uderzył w branżę transportową, a konkretnie w przewozy. Właściciele linii autobusowych, biur podróży i pracujący dla nich kierowcy oświadczyli, że zaczynają liczyć straty, bo ludzie nie chcą jeździć za granicę. Minister Emilewicz zapowiedziała, że „na rządzie” będzie wnioskowała o pomoc i rekompensatę dla tych firm na wypadek, gdyby musiały zacząć zwalniać ludzi. Powoli można odnieść wrażenie, że zrównoważony budżet, którym chwaliło się Ministerstwo Finansów przed wyborami parlamentarnymi zaczyna się rozprzęgać i dryfować w kierunku deficytu.

W minionym tygodniu obudził się po pięciu latach Urząd Ochrony Danych Osobowych i postanowił nałożyć karę 20 000 złotych na SP nr 2 w Gdańsku. Sprawa dotyczy tego, że za zgodą rodziców, dzieciarnia miała skanowane linie papilarne, by móc wchodzić na stołówkę. Według (bądź co bądź) RODO, było to nielegalne pozyskiwanie danych biometrycznych. UODO zainterweniowało po anonimowym zgłoszeniu jednego z rodziców, zapewne z tych, którzy nie wyrazili zgody na takie rozwiązanie. W całej sprawie zaskakuje jedna rzecz. Dzieci skanujące palce miały posiłki wydawane w pierwszej kolejności, a te, które nie skanowały, musiały czekać. Czyli taki apartheid w szkolnym wydaniu, na który rodzice się godzili przez pięć lat. Ciekawe co dyrekcja wymyśliłaby dalej? Może naszywki, by te z getta czuły się wyróżnione? Swoją drogą ciekawe czy jedyne, co wyróżnia nas spośród innych i czyni indywidualnością, to zestaw cech biometrycznych?

Pozostaje zatem kolejek bez segregacji – sobie i wszystkim życzyć.

Żmija

Żmija

Jadowity punkt widzenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *