Dwóch papieży

Benedykt, jeden z najmniej popularnych papieży ostatnich czasów, postanowił odejść, ponieważ jego wizja władzy watykańskiej – mocno scentralizowanej i autorytarnej – nie spotkała się z dostatecznym poparciem nie tylko kościoła powszechnego, ale nawet jego najbliższego otoczenia, czyli rzymskiej kurii. To nie przypadek, że na kilka dni przed ogłoszeniem abdykacji ważna postać kurii, kardynał Paglia, wystąpił z orędziem na rzecz związków partnerskich, popierającym nowe ustawy w Wielkiej Brytanii i Francji, a tym samym wprost wymierzonym przeciw konsekwentnie antygejowskiej polityce samego papieża”(Agata Bielik-Robson). Abdykacja Benedykta XVI była wydarzeniem bez precedensu. Ta niełatwa decyzja zdawała się być początkiem czegoś nowego, przełomem i odnową Kościoła katolickiego. Jest kwestią sporną, czy zmiana właściciela papieskich regaliów faktycznie wpłynęła na zmianę, doprowadziła do jakościowej transformacji. Wielu krytykujących obecnego papieża uważa, że właściwie nie zmieniło się nic – poza desygnatem biskupa Rzymu. Jest jednak faktem, że Franciszek to człowiek prezentujący zdecydowanie bardziej liberalne podejście do otaczającej go rzeczywistości. O zderzeniu dwóch, zupełnie innych spojrzeń na wiarę oraz przyszłość Kościoła traktuje najnowszy film Fernanda Meirelles’a pt.: „Dwóch papieży”, który zadebiutował na platformie Netflix 31 sierpnia 2019 roku. Produkcja spotkała się nie tylko z uznaniem widzów, ale i krytyków. Czy obraz Meirelles’a ma do zaoferowania coś więcej, niż odtwórcze przetworzenie sporu o uniwersalia?

Opowieść koncentruje się na spotkaniu Benedykta XVI z przyszłym Papieżem Franciszkiem. Twórcy starają się nakreślić i zrelacjonować rozmowę, do jakiej mogło dość podczas zderzenia tych dwóch autorytetów Kościoła. Bohaterowie historii zanurzają się w filozoficznej dyskusji, w której każda ze stron stara się udowodnić, że to właśnie ona ma rację. Koncept interesujący na papierze, w filmie zupełnie nie działa. Zarówno Benedykt, jak również kardynał Bergoglio bardzo szybko stają się posągami – którym scenarzyści poskąpili człowieczeństwa. Cały dyskurs, jaki prowadzony jest podczas seansu, sprowadza się wyłącznie do dysput związanych z teologią – tutaj nie ma miejsca na to, żeby zrozumieć bohaterów, zżyć się z nimi, zobaczyć w nich nas samych. Na przyziemność i normalność w „Dwóch papieżach” jest niewiele czasu.

Na tej taniej wzniosłości traci całe widowisko. Bo jak tu wierzyć postaciom, które nawet podczas jedzenia pizzy zastanawiają się nad losami świata i zbawieniem ludzkości? Efektem takiego podejścia staje się produkt nudny, nieciekawy i nużący. Rozumiem, że twórcy opowiadają o postaciach nieprzeciętnych, przywódcach Kościoła – ludziach, na których zwrócone są oczy całego świata. Wybitny polski malarz Jan Styka postanowił sportretować Stwórcę w skrajnie nabożny sposób – tak, by proces malowania przypominał nabożeństwo. Opowiastka głosi, że sam Bóg odezwał się do uduchowionego twórcy: „Ty Mnie, Styka, nie maluj na kolanach – ty Mnie maluj dobrze!”. Jak widać, do Meirelles’a nikt nie przemówił, bo reżyser w milczeniu i na kolanach tworzył portret dwóch papieży.

Kino hagiograficzne oraz religijne mierzy się z poważnym problemem, jakim jest brak dystansu. Oczywiście, szacunek w przedstawieniu postaci, oddanie jej sprawiedliwości jest rzeczą najważniejszą. Nie można jednak popadać w skrajności i pozbawiać bohaterów człowieczeństwa, by w to miejsce umieszczać wzniosłe przemyślenia oraz cnotę. Żywot świętych, ojców kościoła zapewne zdominowany jest właśnie takimi wartościami – jednak nie możemy zapominać, że są to przede wszystkim ludzie. Portretując autorytety często zapominamy, jak piękna może być niedoskonałość, ułomność, która de facto jest synonimem człowieczeństwa.

Pretensjonalność obrazu bardzo sprawnie maskują znakomite kreacje aktorskie. Przede wszystkim zachwyca duet: Anthony Hopkins (jako papież Benedykt) oraz Jonathan Pryce (jako Franciszek). To, w jaki sposób Ci aktorzy przetwarzają jałowy skrypt i tworzą z miałkich słów żywe postaci, jest wartością samą w sobie. Istniała spora szansa, że wadliwy scenariusz zniweczy całość producji. Odtwórcy głównych ról powodują jednak, że seans staje się przyjemnością. Widz nie śledzi historii, a skupia się na bohaterach, którzy poszukują samych siebie oraz Boga. Paradoksalnie świętość w postaciach widzimy w tych najbardziej prozaicznych momentach. Kiedy Benedykt XVI gra na pianinie jest najbliżej widza – w jednej chwili staje się nam tak bliski, że możemy z nim sympatyzować. Szkoda, że takich sytuacji jest tak niewiele.

Podobała mi się rownież warstwa audio-wizualna. Szczególnie zachwycają postmodernistyczne zdjęcia Césara Charlone. Autor obrazu w umiejętny sposób wykorzystuje i łączy narzędzia znane z filmu fabularnego i dokumentalnego. Przeplata i zestawia ze sobą zabiegi artystyczne, które nie powinny ze sobą działać. Mimo to, udaje się mu skonstruować spójną i przemyślaną całość, którą dopełnia znakomita ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Bryce’a Dessner’a.

„Dwóch papieży” to film doskonale wpisujący się w stereotypowe postrzeganie kina hagiograficznego. Jest to dzieło „malowane na kolanach”, niekoniecznie dobrze. Twórcy chcąc oddać sprawiedliwość portretowanym postaciom, zapominają o ludzkim pierwiastku. Efektem takiego podejścia jest filmowa wydmuszka, ratowana jedynie przez znakomite aktorstwo i aspekty techniczne.

Ocena filmu: 6/10

Bartosz Dominik

Bartosz Dominik

krzykwilhelma.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *